Categories
Sny

Muzyka, wojna i urzędy

Dziś znów przedstawiam przemyślenia związane z muzyką.
## Muzyka, wojna i urzędy
Zawsze, gdy słuchałyśmy Zet na punkcie muzyki, chodziłyśmy do tego pokoju. Było to bardzo przytulne pomieszczenie.
Ogromnie je lubiłam i zawsze marzyłam, żeby kiedyś w nim zamieszkać. Alicja też była szczęśliwa, że je mamy, bo wreszcie nikt nam nie przeszkadzał.
Któregoś dnia, gdy weszłam do środka zastałam tam mojego dziadka. On jednak uspokoił nas, że nie będzie nam przeszkadzał.

Dziś znów przedstawiam przemyślenia związane z muzyką.

Muzyka, wojna i urzędy

Zawsze, gdy słuchałyśmy Zet na punkcie muzyki, chodziłyśmy do tego pokoju. Było to bardzo przytulne pomieszczenie.
Ogromnie je lubiłam i zawsze marzyłam, żeby kiedyś w nim zamieszkać. Alicja też była szczęśliwa, że je mamy, bo wreszcie nikt nam nie przeszkadzał.
Któregoś dnia, gdy weszłam do środka zastałam tam mojego dziadka. On jednak uspokoił nas, że nie będzie nam przeszkadzał.
Ostatnio odkrył, że muzyka, zwłaszcza spokojna działa na niego kojąco i poprawia sen, dlatego zdecydował się tu zamieszkać, a wieczorami słuchać audycji i zasypiać przy niej. Już wkrótce okazało się, że rzeczywiście mój dziadek nie tylko nam nie przeszkadzał, ale jego wyciszenie i dobry nastrój jeszcze potęgowały naszą radość.
Dość długo trwał czas błogich wieczorów, aż któregoś dnia zastałam w naszym azylu bardzo podenerwowanego dziadka.
– Czy ty wiesz w ogóle co to jest antykoncepcja? – zapytał podniesionym głosem.
– Wiem dziadku, ale po co o tym mówić? Wieczór jest taki piękny.
– Nie można żyć w niewiedzy i błogiej nieświadomości! Życie to nie bajka, pamiętaj o tym. – w tym momencie do pokoju weszła Alicja, a raczej stanęła w jego drzwiach, zdziwiona nagłą zmianą nastroju mego dziadka.
Audycja już dawno się zaczęła, a dziadek wciąż mówił i mówił.
Bardzo nas to złościło. Już nie chciałyśmy dziadka w naszym pokoju, skoro sieje zamęt.
Chciałam posłuchać dobrej muzyki w spokoju i podzielić się wrażeniami z przyjaciółką, a nie martwić się problemami nieroztropnych ludzi, czy czymś w tym rodzaju. Zrezygnowana przymknęłam oczy i pomyślałam o moim domu i płytach i nagle się tam znalazłam. Był środek nocy, ale mnie nie chciało się spać. Podeszłam do półki z płytami i nagle zauważyłam, że składanki od mamy Alicji nadal tam są. To nie możliwe.
Przecież oddawałam je niedawno. W takim razie musiałam dać Ali inne płyty. Ale jak to się mogło stać? Nie zważając na późną porę zadzwoniłam do przyjaciółki. Ona też przebywała w domu i też z jakiegoś powodu nie spała.
– Alicjo, ja ci dałam chyba złe płyty, prawda? – zaczęłam bez wstępów.
– Tak. Dałaś mi Genesis i Kylie Minogue.
– Ale jak to możliwe! Przecież pamiętam dokładnie, jak brałam z półki składanki.
– Różnie bywa w życiu – odpowiedziała zagadkowo przyjaciółka.
– A co z nimi zrobiłaś? – spytałam. – Genesis na razie zaniosłam na dół, a Kylie trzymam u siebie, bo rodzice i tak by jej nie słuchali. Ale nie martw się. Mam dla ciebie dobrą wiadomość! Jutro przyjadę do ciebie z mamą, bo jedziemy na warsztaty i wtedy będziesz mogła naprawić płytowe błędy. – To dobrze – powiedziałam z ulgą i odłożyłam słuchawkę, nawet nie zapytawszy, na którą mam być gotowa.
Skoro już miałam te nieszczęsne składanki, puściłam Whitney Houston i zapadłam w sen. Obudziłam się o świcie. Babcia już czekała na mnie ze śniadaniem. Zjadłam je pośpiesznie, bo czułam, że one mogą lada chwila się zjawić.
Ledwo wzięłam płyty do ręki, już usłyszałam pukanie do drzwi.
Oprócz Alicji i jej mamy była jeszcze Lilka. To ona wręczyła mi moje płyty. Ja oddałam składanki do rąk własnych i opuściłyśmy dom. – Co to za warsztaty? – zapytałam w drodze. – O wojnie i biurokracji – odpowiedziała rzeczowo mama Ali.
– Twój dziadek nam je załatwił, ale jest już zbyt słaby, by się tam z nami udać, więc poprosił o to moją mamę i nawet jej zapłacił za dzisiejszy dzień – dodała Alicja. – To świetnie. A powiedział chociaż do czego to nam potrzebne? – Nie, ale pewnie nam wyjaśni jak wrócimy do szkoły. Na miejscu przywitał nas ładny piesek wielkości mojego Froda.
Wyjaśniono nam, że to skundlony dalmatyńczyk, dlatego jest trochę mniejszy od przedstawicieli swojej rasy.
Najpierw zaprowadzono nas do biura, gdzie wypytano nas o wszystkie możliwe rzeczy, łącznie z tym jakiej muzyki słuchamy i ile mamy płyt.
Potem poprosiłam pracownicę biura, by na chwilę ustąpiła mi miejsca, a mamę Alicji poprosiłam, by zrobiła mi zdjęcie.
Obie kobiety przystały na moją propozycję.
Usiadłam więc przy biurku i długo pozowałam do zdjęcia. W końcu zdjęcie się udało, ale miałyśmy duże opóźnienie i mama Ali była trochę zła.
– Przez nasze opóźnienie, nie mogę zaprowadzić was do innych urzędów. Musimy przejść od razu do wojny.
Trochę tego żałowałam, bo biuro bardzo przypadło mi do gustu.
Nastroju dodawała jeszcze przyjemna muzyka płynąca z głośników.
Zaprowadzono nas do dużego pomieszczenia obwieszonego ze wszystkich stron kotylionami. Po całym pokoju uwijały się kobiety w różnym wieku i zawieszały dalej. Z początku wydawało mi się to dziwne i bezsensowne, ale wkrótce zauważyłam pewną zależność. Dwa rodzaje kotylionów były rozwieszane w tej sali. W dodatku jeśli kobieta zauważyła kotylion drugiej grupy zrywała go, niszcząc przy tym i zawieszała na tym miejscu swój.
Nagle w końcu sali dał się słyszeć krzyk.
Mimo strachu podeszłam tam i zobaczyłam kobietę w średnim wieku, która trzymała za rękę nastolatkę i kazała jej niszczyć kotyliony swojej grupy a zawieszać grupy przeciwnej.
Jeśli dziewczyna nie usłuchała, była mocno ściskana za rękę, aż trzeszczały jej kości, albo łamano jej palce. Nastolatka mimo okropnego bólu starała się zrywając kotylion swojej grupy naruszyć lub zniszczyć kotylion przeciwnej, a zawieszając ich kotylion zniszczyć inny.
Jeśli kobieta to zauważała, dziewczyna naturalnie była za to karana.
Nagle zauważyłam, że moje towarzyszki już opuściły okropne pomieszczenie. Przestraszyłam się bardzo, że zaraz każą mi wieszać kotyliony którejś z grup i będą mnie torturować. Co prawda ja nie stawiałabym oporów, bo nie jestem po żadnej stronie, ale wątpię, że byłoby mi tu dobrze.
Chciałam właśnie opuścić kotylionową salę, gdy usłyszałam przeraźliwy krzyk z drugiego końca sali.
Wtedy nie wytrzymałam nerwowo i wrzasnęłam: Ja chcę do biura!
Nagle znalazłam się w naszym muzycznym pokoju. W radiu leciała Whitney Houston – ta sama, co na płycie mamy Alicji. Przyjaciółka siedziała z rękami podpartymi pod głową, a dziadek pochrapywał na swym łóżku. Po chwili przebudził się i zapytał: – Czy teraz jesteś choć trochę bardziej świadoma? – Tak dziadku. Jestem w pełni świadoma.

2 replies on “Muzyka, wojna i urzędy”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *