Categories
Sny

Tajemnicza kaseta z Francji

To opowiadanie jest zainspirowane moim dzisiejszym snem. Jest dość długie, ale mam nadzieję ciekawe. To efekt moich codziennych zmagań z pracą licencjacką. Mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Miłego czytania! 🙂

Bohaterowie słuchowiska

Koleżanka ze studiów zaproponowała mi wyjazd do Francji. Na te wakacje zgodziłam się tylko ze względu na ich śmiesznie niską cenę, gdyż nie przepadam za tym krajem, ale dawno już nigdzie nie byłam. W hotelu zakwaterowałyśmy się późnym popołudniem. W przestronnym holu sączyła się z głośnika francuska muzyka. W drugim końcu holu kontrastując z romantyczną melodią krzyczała zamknięta w ciasnej klatce papuga. Chciałam do niej zagadać, ale Ewka odciągnęła mnie w stronę recepcji mówiąc:
Dawaj, meldujemy się, puki nikogo nie ma! Jestem zmęczona podróżą, chcę się rozpakować, odświeżyć i odpocząć.
Zgodziłam się skwapliwie.
Dostałyśmy pokój na drugim piętrze. Był schludny, słoneczny, cichy. Ewa pokazała mi szybko co gdzie się znajduję i wskoczyła pod prysznic nawet się nie rozpakowując. Moją uwagę zwróciła niewielka półeczka na której leżał dyktafon i mnóstwo kaset, w większości bez pudełek.
Włożyłam jedną z nich do odtwarzacza i usłyszałam znajomą muzykę z hotelowego holu i ciche popiskiwanie papugi, następnie jakieś rozmowy w jadalni w nieznanym mi języku a potem odgłosy spaceru, chyba po jakimś parku. Na drugiej stronie kasety była nagrana wycieczka po muzeum.
Sprawdziłam inną kasetę. Ta również rozpoczynała się dźwiękami z holu a następnie odgłosy jakiejś popijawy, której nie miałam ochoty słuchać.
Wyjęłam kasetę z pudełka i ta okazała się być pusta.
Pewnie ta w drugim pudełku też jest czysta, więc położyłam ją Ewie na łóżku, żeby był równy podział wraz drugim dyktafonem, którego wcześniej nie zauważyłam a walał się między kasetami.
Muszę powiedzieć Ewie, aby zabrała swój sprzęt na kolację.
Skoro każda kaseta rozpoczyna się od dźwięków z holu to musimy je zarejestrować, a następnie nagrać to, co dzieje się w jadalni. Jeszcze nigdy z czymś takim się nie spotkałam.
Muszę też zapytać recepcjonistkę czy po wczasach mogę sobie tę kasetę zabrać do domu. Obudziłam Ewkę przed osiemnastą, aby zejść do jadalni na wieczorny posiłek. Zabrałyśmy ze sobą nasze dyktafony, ale ten Ewy był jakiś wadliwy.
Zgłosiłyśmy to na recepcji i przy okazji zapytałam o kasetę.
Nie mogę Wam wymienić dyktafonu, bo sprzętu jest tyle, ile łóżek w hotelu, ale domyślam się, że podczas pobytu we Francji będziecie trzymać się razem, więc możecie mieć wspólne nagranie.
Chciałam jeszcze zapytać co robią inne kasety w naszym pokoju, skoro hotelowi goście mogą je zabierać ze sobą, ale Ewa znów pociągnęła mnie za sobą, tym razem w stronę jadalni, skąd dochodził smakowity zapach jadła. Koleżanka była wyraźnie niepocieszona, że nie może sporządzać własnych nagrań, ale recepcjonistka obiecała jej, że gdyby ktoś nie chciał swojego przydziału, albo też wcześniej opuścił hotel ona poinformuje o tym Ewę i wypożyczy inny sprzęt.
Następnego dnia rano obudził nas hotelowy telefon umieszczony na zagraconej kasetami półeczce. Ewa była bliżej aparatu, więc podniosła słuchawkę a po chwili rzekła: – Recepcjonistka do ciebie – i podała mi słuchawkę. – Halo, słucham – odezwałam się niskim, zaspanym głosem.
Czy mają dziś panie bardzo zajęty dzień? – zapytała kobieta słodkim głosem.
Nie, w zasadzie to jeszcze nic nie ustaliłyśmy na dzisiaj.
To wspaniale! Mam dla pani pewną propozycję. Jeżeli jest nią pani zainteresowana, proszę po śniadaniu, a najlepiej jeszcze przed posiłkiem zjawić się u nas w recepcji a wszystko wyjaśnimy.
Dobrze, zjawię się za kilkanaście minut. – Po telefonicznej rozmowie ubierając się pośpiesznie wyjaśniłam Ewie o co chodzi. Koleżanka niechętnie poszła w moje ślady i zaczęła szykować się na śniadanie.
Kiedy byłyśmy już gotowe pognałyśmy niczym wiatr do recepcji ciekawe propozycji hotelowego personelu.
Pani Karolino. Wczoraj, w naszym hotelu zakwaterowała się para polaków, których zna pani z słuchowiska „Nędzole” emitowanego w Radiu Kielce. Czy chciałaby pani zjeść z nimi lunch i przeprowadzić miłą rozmowę, może jakiś wywiadzik? Taki materiał na pewno byłby cenny dla pani pracy licencjackiej.
Och, to wspaniale! Chętnie porozmawiam z autorami tego słuchowiska. To moje ulubione! Przesłuchałam je w całości mimo że do pracy potrzebowałam tylko dwóch odcinków.
Ależ to nie są żadni aktorzy! – oburzyła się recepcjonistka. – To prawdziwi Masternakowie we własnych osobach!
Nie możliwe! – pomyślałam, a powiedziałam tylko: A co z Ewą? Ma ona w tym czasie nudzić się w hotelowym pokoju? Nie możemy przecież się rozdzielić, bo mamy wspólny dyktafon.
– Proszę się o to nie martwić. Wyglądacie panie na bardzo odpowiedzialne kobietki. Na pewno w naszym magazynie znajdzie się jakiś zapasowy sprzęt dla pani Ewy. Zaraz kogoś po niego poślę. No, więc co pani powie na naszą propozycję?
Oczywiście, że się zgadzam. O której godzinie mam się stawić i gdzie?
O 12:30, w pobliskim barze. Ktoś z naszego personelu panią tam zaprowadzi. Proszę się przygotować do rozmowy, sprawdzić czy sprzęt na pewno dobrze działa, a na wszelki wypadek, damy pani zapasowe baterie. – Podziękowałam pięknie i udałam się z Ewką do naszego pokoju a papuga krzyczała za nami wyjątkowo głośno, zupełnie tak, jakbyśmy o czymś zapomniały.
Sprawdziłam sprzęt, ubrałam się w najlepsze ciuchy, wyperfumowałam obficie, uczesałam włosy itd.
Teraz pozostawało już tylko czekać. Z nudów przeglądałam pozostałe kasety, ale nic nie rozumiałam z rozmów, które były na nich nagrane, gdyż były one prowadzone w nieznanych mi językach.
Wreszcie trafiłam na kasetę, na której jakaś wesoła rodzinka porozumiewała się po hiszpańsku.
Schowałam ową kasetę pod poduszką, bo nie miałam już czasu na jej odsłuchiwanie a nie chciałam, aby zagubiła mi się wśród innych. Starsza ponura kobieta przyszła po mnie i zaprowadziła do baru. Był on dosłownie parę kroków od naszego hotelu. Na miejscu zastałam Zbigniewa i Renatę Masternaków z ich malutkim synkiem Wiktorkiem. Oni jednak nie zwracali w ogóle na mnie uwagi tylko rozprawiali o czymś z ożywieniem.
Zaskoczona takim obrotem sprawy omal nie zapomniałam włączyć nagrywania. Renata skarżyła się, że nie mają ani grosza przy duszy, że muszą spać w krzakach jak jacyś złodzieje i że ona nie może zafundować takiego życia dziecku. Na to Zbigniew pocieszał ją, że wszystko na pewno się ułoży, tak jak poprzednim razem.
Miałam ochotę wtrącić się do ich rozmowy, ale nie wiedziałam czy oni grają swoje słuchowiskowe role i ktoś ich teraz nagrywa i czy nie przeszkodzę im w sztucznej konwersacji. Wreszcie nie wytrzymałam i odezwałam się:
Przepraszam, że się wtrącam, ale chciałabym o coś zapytać?
Tak? – odezwała się zaskoczona Renata.
Znam bardzo dobrze wasze losy, bo przesłuchałam calutkie słuchowisko o was i wiem, jak skończyła się wasza historia. Dzięki kolekcji majora Wiktora Malewicza oraz debiutanckiej książce pana Zbigniewa macie państwo mnóstwo pieniędzy! Co więc się z nimi stało? Dlaczego znów musicie tułać się po Francji?
No widzisz – westchnęła ciężko Renata. – Jest wielu takich jak ty, którzy z zapartym tchem śledzili nasze losy i chciało zostać z nami na dłużej, dlatego też autor opowiadań o nas napisał kolejne opowiadanie, które tak jak poprzednie ma być zaadaptowane na słuchowisko. Z niego to właśnie dowiesz się, co stało się z naszym majątkiem i dlaczego znów tułamy się po Francji.
Ale… To tak nie może być! Dlaczego wy musicie na tym tracić? Kto wam zapłaci za wasze trudy? Słuchając ostatniego odcinka słuchowiska nie przyszło mi na myśl, aby ktoś kontynuował waszą historię, bo skończyła się ona w odpowiednim momencie. Bardzo was polubiłam, ale to nie znaczy, że oczekiwałam od was kolejnych przygód!
No widzisz, ty nie, ale inni owszem. Pisali zarówno do autora opowiadania jak również do scenarzysty, który je adaptował na słuchowisko, aby koniecznie pojawiła się kolejna część. Co więc oni mogli począć? Co my mogliśmy zrobić w tej sytuacji?
Zupełnie nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Pan Zbigniew zamówił coś dla nas.
Będę musiała zapłacić za ten lunch skoro oni znów są tacy biedni.
Może im nawet coś wcisnę po cichu do torby? Nagle usłyszałam stuknięcie. To kaseta w moim dyktafonie się skończyła a raczej jej jedna strona.
Postanowiłam nie przekładać jej na drugą stronę, bo wszystko już przecież zostało powiedziane.
Kusiło mnie, aby zapytać czy wiedzą kiedy zostanie wyemitowane kolejne słuchowisko, ale nie chciałam wyjść na jedną z tych bezdusznych słuchaczek, które chcą tylko kolejnych stron opowieści nie licząc się z tym, że jej bohaterowie muszą to najpierw przeżyć na własnej skórze. Z tego wszystkiego nie chciało mi się jeść mimo iż potrawa pachniała smakowicie. Była to jedna z tych potraw opisywanych w pierwszej części słuchowiska. Pan Zbigniew jakby odczytał moje obawy, bo powiedział:
– Nie musi się pani o nas martwić. Za ten posiłek zapłacił właściciel hotelu, w którym pani mieszka. My też obecnie w nim będziemy przez kilka dni, więc może się pani z nami widywać, jeżeli pani ma na to ochotę.
Byłoby mi naprawdę miło, ale nie chcę też państwu siedzieć na głowie.
Ależ skąd – odparła Renata.
Skoro więc tak? To może pokażą państwo mnie i mojej koleżance jakieś miejsca warte odwiedzenia w tym mieście? Miałam okazję dwa razy przebywać w tym kraju i niestety nie przypadł mi on do gustu, a moja koleżanka nie była tu nigdy. Może więc pokażecie nam Francję z nieco lepszej strony?
Z przyjemnością – odparli jednogłośnie Renata i Zbigniew.
Po powrocie z lunchu nie zastałam Ewki w pokoju. Od burkliwej staruszki, która wysprzątała nasz pokój dowiedziałam się, że ona też znalazła sobie towarzystwo i nie będziemy już razem spędzać czasu. Dostałam nawet osobny klucz, aby nie było problemu z dostaniem się do pokoju.
Kiedy staruszka zostawiła mnie samą zajrzałam pod poduszkę, ale nie znalazłam pod nią schowanej kasety.
Może starsza pani odłożyła ją na miejsce? Albo… Albo zabrała ze sobą będąc ciekawa dlaczego ją schowałam? Nie, tylko nie to! Ja chcę wiedzieć co na niej jest!
Cały pobyt we Francji spędziłam z Masternakami.
Bardzo zaprzyjaźniłam się z Renatą, polubiłam też Zbigniewa.
Jedynie o małym Wiktorku zdania sobie nie wyrobiłam, gdyż był jeszcze niemowlakiem i w dodatku bardzo cichutkim, więc prawie go nie dostrzegałam w naszym towarzystwie. Z Renatą rozmawiałam o jej czasach sprzed słuchowiska, o jej puchatym psiaku Dinozaurze, o mojej śwince morskiej i w ogóle miłości do zwierząt.
Znalazłyśmy ze sobą wiele wspólnych tematów i aż żal było się rozstawać. Już nie nagrywałam nic na mojej hotelowej kasecie. Nie obchodziła mnie ona wcale i gdyby nie ta rozmowa, którą nagrałam podczas lunchu, pewnie w ogóle bym jej ze sobą nie brała. Ale wzięłam, bo chciałam mieć na pamiątkę głosy nowych znajomych.

Ja nie chcę kota, mam świnkę. Gdzie jest moja kaseta?

Wróciłam do Polski z bagażem wspomnień i ze znacznie zmniejszoną niechęcią do Francji. Już w drzwiach mieszkania powitał mnie ojciec z puchatym kotkiem na rękach.
A cóż to za stworzenie przebywa w naszym mieszkaniu? – zapytałam z niechęcią.
To jest kot rasy Rex. Dostaliśmy go od pani Hałupkowej. Ona ma już swojego rakdolla i nie chciała przyjąć drugiego kota pod swój dach, bo zbytnio się nie dogadały.
Rozumiem. No ale my mamy świnkę. Poza tym mnie się podobają inne rasy kotów niż ten cały rex.
Och nie marudź Karola, to zupełnie dobry kot. Możemy go oddać znajomym albo sprzedać za niezłą sumkę.
Ok, w porządku. Kilka dni może u nas zostać zanim znajdziemy mu dobry dom.
Rozpakowawszy się wzięłam kota na kolana i zaczęłam odsłuchiwać kasetę, którą przywiozłam z Francji.
Jednak jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że nie jest to kaseta z głosami moich nowych znajomych, ale ta z hałaśliwą hiszpańską rodzinką. To chyba jakaś pomyłka! Gdzie jest moja kaseta z nagraniem z Lunchu? No gdzie? Już mi nie zależało na kasecie z nagraniami Hiszpanów.
Chciałam odzyskać moje nagrania. Coś jednak kazało mi wysłuchać kasety do końca.
Były tam hałaśliwe posiłki, hałaśliwe spacery, huczne imprezy, ale bez poalkoholowych kłótni czy pijackich dewastacji. Na końcu nagranie było jakieś przytłumione, zamazane, potem chwila ciszy a wreszcie głos zgryźliwej staruszki z hotelu, która przedstawiła się jako María i jakieś długie jak to u Hiszpanów nazwisko oraz wyjaśnienie:
To była moja rodzina. Oni zginęli w wypadku w czasie powrotu do kraju. Od tej pory ja pracuję w tym hotelu i słyszę ich czasem w nocy jak się bawią i śmieją. Przepraszam, że zabrałam twoją kasetę. Byłaś taka podobna do mojej wnusi Amalii. Ona też interesowała się słuchowiskami. Po powrocie do Hiszpanii miała grać główną rolę w jednym z nich, a ja taka byłam z tego dumna. Poza tym zaciekawiłaś mnie tym, że schowałaś kasetę pod poduszkę, akurat tą. Może miałaś znajomych z Hiszpanii? A może znałaś kogoś z mojej rodziny? Chciałam z tobą nawet o tym kiedyś porozmawiać, ale ty byłaś tak zaaferowana tą parą Polaków, więc nie chciałam ci przeszkadzać i psuć nastrój moimi narzekaniami.
Wynurzenia staruszki urwały się raptownie, bo skończyła się kaseta. Ciekawe co jeszcze ta kobieta chciała mi powiedzieć?
Otarłam łzy i schowałam kasetę w najciemniejszym kącie szafki.
Teraz pozostało jeszcze pytanie, co zrobić z kotem rasy rex? Dać go Wiktorowi? On przecież chce mieć kota. A może nie? Może… Wysłać go do Francji jako podarek dla Renaty i Zbigniewa, bo z futerka podobny jest do ukochanego dinozaura Reni, albo przekazać go smutnej Marii? Mojemu tacie ani jedna, ani druga propozycja się nie spodoba, bo chciałby na zwierzaku zarobić, ale ja mu na to nie pozwolę. Ta historia nie może się tak zakończyć!

Categories
Sny

Co to ma w ogóle być

Sen z czasów, gdy miałam fazę na szwedzki zespół Fatboy (nie mylić z Fatboy Slim”. Jedną z płyt tej formacji musiałam sprowadzać aż ze Szwecji!

Co to ma w ogóle być!

Ledwo zajechałam do domu już pobiegłam obejrzeć długo oczekiwaną przeze mnie płytę zespołu Fatboy.
Jednak jakież było moje rozczarowanie kiedy okazało się, że płyta była jakaś dziwnie mała, w dziwnym pudełku i z dziwną okładką.
Bardzo mnie ten fakt wkurzył, ale nikt specjalnie się tym nie przejął. Mama powiedziała, że skoro mam już płytę, to powinnam udać się na koncert.
Poszłyśmy więc na koncert Fatboy, ale i tu czekało mnie rozczarowanie, ponieważ na koncercie występował chyba podrobiony Fatboy, bo jego członkowie wypowiadali się po polsku a przecież oni są Szwedami. W dodatku zaśpiewali tylko 3 najgorsze piosenki. Po nieudanym koncercie bardzo rozczarowana i zawiedziona udałam się do domu, gdzie już czekała na nas zniecierpliwiona ciocia, która miała do mnie sprawę.
Mianowicie sprawa dotyczyła mojej ulubionej wiewiórki maskotki, którą ciocia chciała pożyczyć, ponieważ wybierała się na wielkie posiedzenie rady polityków. Nie chciałam cioci zabawki pożyczyć, ale po namyśle się zgodziłam pod warunkiem, że zabierze mnie ze sobą. Na wielkim posiedzeniu rady polityków ciocia zupełnie o mnie zapomniała.
Zajęły się mną dwie panie, które troskliwie ułożyły mnie na kozetce. Jedna z pań najpierw dogrzewała mnie jakąś lampą chemiczną, następnie suszyła mnie suszarką chemiczną.
Potem zachciało mi się spać, ale odpływając już w objęcia snu słyszałam jeszcze:
– Oh, jaka szkoda. Chciałam ją jeszcze dochemić herbatką chemiczną, ale już nie mogę, bo ona śpi.
Kiedy kobieta to mówiła zastanawiałam się, czy jeszcze kiedyś w ogóle się obudzę. Obudziłam się już we własnym łóżku wdzięczna losowi, że był to tylko sen.

Categories
Sny

Przechowalnia komputerów

Ktoś chciał mi zniszczyć laptopa a ja powiadomiłam o tym przyjaciółkę, więc ona na cześć mego komputera założyła ich przechowywalnie w swoim pokoju nie bacząc wcale na konsekwencje tego czynu. Ogłosiła na szkołę całą, że będzie się opiekować komputerami, z którymi właściciele chwilowo nie mają się gdzie podziać.
Wszyscy bardzo chętnie oddawali swój sprzęt pod opiekę mej przyjaciółki aż w końcu w jej pokoju zrobiło się niewypowiedzianie ciasno o czym zdążyłam się przekonać po przyjściu do jej pokoju.
Kiedy przyszłam ją odwiedzić ona kłóciła się właśnie z Moniką.
Potem Monika rozmawiała z wychowawcami Ady, ale nie wiem czy o niej czy też nie, bo owej rozmowy nie słuchałam. Ada natomiast nie chciała mi nic na temat kłótni powiedzieć.
Następnego dnia wieczorem odbyło się zebranie, które jak się okazało dotyczyło wielkiej przechowywalni komputerów założonej niedawno przez moją przyjaciółkę.
Pani dyrektor zaprosiła do naszej szkoły cyganów i podejrzewano, że wiele mienia naszej szkoły zostanie przez nich skradzione. Żeby zająć i udobruchać czymś cyganów wychowawcy postanowili, że Ada odda cyganom wszystkie komputery, które trzymała w przechowalni. Przyjaciółka oczywiście nie chciała się na to zgodzić, ale wychowawcy byli nieubłagani.
Zostawili jej tylko 3 komputery na pocieszenie a reszta poszła w ręce Cyganów. Wolałam się nawet nie zastanawiać czy z Ady coś jeszcze zostanie, jak właściciele rzucą się na nią żądając zwrotu swego sprzętu.

Categories
Co mnie otacza

Rudzik

Categories
Co mi w głowie siedzi

Tak śpiewają Hiszpanie o sytuacji związanej z korona wirusem.

Categories
Sny

Biologia na początku roku szkolnego

Był wrzesień i właśnie odbywała się pierwsza biologia w nowym roku szkolnym. Pani jednak nie robiła lekcji organizacyjnej jak to zwykli robić nauczyciele na pierwszych lekcjach roku szkolnego tylko wzięła się ostro za nowy temat, gdyż stwierdziła, że po wakacjach mamy na pewno dużo sił i energii, a także dobry humor, co przyspieszy przyswajanie wiedzy z biologii.
Potem były inne lekcje, które odbywały się całkiem zwyczajnie, ale rzeczywiście po tej biologii nasze umysły skutecznie przebudziły się z wakacyjnego letargu. W czwartek nie odbywały się lekcje, ponieważ było jakieś nowe wrześniowe święto o którym nikt nas nie powiadomił – pewnie zrobiono tak dlatego, żeby dzieci zaraz na początku roku jadąc w środę do domu nie opuściły piątku. Trochę byłam zła, bo pogoda była piękna.
Będąc w domu i nie mając nic do nauki pobawiłabym się z kotami sąsiadów i miałabym na to długi weekend.
Weekendy wrześniowe są bardzo fajne, zwłaszcza te 2 pierwsze kiedy nie ma jeszcze nauki, lub jest jej nie dużo. Można wtedy iść na grzyby i spotkać w lesie małego tygrysa, albo zaprosić do siebie dziadka i oglądać z nim telewizję, słuchać dobrej muzyki, wychodzić z Luisem na podwórko i pieścić go do bólu. Ale koniec tych rozważań trzeba, przejść do sedna.
Następną rzeczą którą chciałabym opisać to kolejna biologia tym razem nie tak miła i przyjemna.
Było łączenie już nie pamiętam za kogo, bo dobrze jeszcze nie znałam planu lekcji. W każdym razie mieliśmy biologię z inną klasą. Na owej lekcji pani dała każdemu jakiś przedmiot związany z biologią.
Każda osoba miała ten przedmiot omówić, co wie na jego temat, a pani miała go potem poprawić lub uzupełnić jego wiedzę przekazując ją całej klasie. Ja dostałam bardzo piękny kwiat podobny do amarylisa mylonego z resztą z hipeastrum.
Postanowiłam o tym klasie opowiedzieć. Nawet jeśli to nie był ten kwiat, to moja wiedza na pewno się pani spodoba.
Bardzo mnie to wszystko cieszyło. Siedziałam w swojej ławce i ze skupieniem oglądałam kwiat nie zwracając zupełnie uwagi na to co się działo w klasie. Mój dobry humor momentalnie wzrastał. Już myślałam, że w tym roku biologia zajmie zaszczytne miejsce mojego ulubionego przedmiotu, kiedy zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Dostałam totalnej głupawki i zaczęłam zaczepiać siedzącego obok mnie Emila. Na początku pani nic nie mówiła, bo w klasie była ożywiona atmosfera, ale kiedy w klasie zrobiło się cicho, a ja chichotałam i zaczepiałam Emila pani groźnie zwróciła mi uwagę i wyrzuciła mnie za drzwi, a klasa zaczęła oglądać film. Wychodząc z klasy zabrałam ze sobą kwiat, a pani nic na to nie powiedziała, albo też zwyczajnie nie zwróciła na to uwagi wpisując mi zapewne uwagę negatywną do dziennika.
Kiedy stałam tak za drzwiami nie myślałam zupełnie o tej uwadze i o tym co na nią powie wychowawczyni, a także rodzice, ale wkurzało mnie to, że nie mogę oglądać z klasą filmu i uczestniczyć w tej bardzo ciekawej i zajmującej lekcji, za to zdobyłam piękny kwiat, a tak to pewnie bym go nie miała, bo po lekcji, która z resztą dobiegała końca pani zebrałaby wszystkie przedmioty, które rozdała na początku lekcji.
Zastanawiałam się tylko gdzie go chwilowo ukryć, bo przecież plecak został w klasie i będę musiała się znów pokazać z kwiatem, żeby wydostać plecak.
Może zostawić kwiat na parapecie i w ogólnym wesołym przerwowym zamieszaniu szybko porwać plecak i schować kwiat do środka? Tylko co będzie jeśli wejdę do klasy po plecak, a pani zapyta mnie o kwiat? Wtedy będzie mi trochę głupio, że próbowałam go ukraść.
Postanowiłam jednak zaryzykować i zostawiając kwiat na parapecie otworzyłam drzwi do klasy, gdyż właśnie zadzwonił dzwonek i zaczęła się wreszcie przerwa.

Objaśnienie

Tygrys – tak nazwałam kota, którego pewnego wrześniowego dnia znalazłam podczas bardzo udanego grzybobrania. Niestety ani ciocia, ani rodzice, nie zgodzili się przygarnąć pięknego Tygryska nad czym do tej pory szczerze ubolewam.

Categories
Sny

Doszczętnie zniszczone słuchowisko

Przygotowywałam słuchowisko radiowe dotyczące Oświęcimia i nagrywałam je na winylu.
Jednak salę w której je nagrywałam zabrano mi bez pytania i resztę słuchowiska musiałam już skończyć u Ady na co ona na szczęście się zgodziła.
Wzięła również małą, epizodyczną rólkę. Bardzo dobrze mi się u niej nagrywało i zostało mi już bardzo niewiele, ale zrobiłyśmy sobie przerwę, bo odwiedził nas Radosław. Rozmawiałyśmy z nim o różnych sprawach, a Radek chodził po całym pokoju.
nagle wyciągnął z kieszeni jakąś małą karteczkę i przyłożył ją do płyty z słuchowiskiem i wtedy winyl zrobił się miękki, a kolega wykorzystał dogodną po temu sytuację i przepołowił ją.
Byłam na niego bardzo wściekła, bo cała moja praca poszła na marne, gdyż posiadałam tylko 1 egzemplarz.
Wygoniłam kolegę z pokoju, wyłączyłam gramofon i opuściłam dom niewzruszonej tą sytuacją Ady.

Categories
Sny

To nie była zwykła przejażdżka

Witajcie drodzy Eltenowicze! Nie wiem jak wy, ale mnie zdarzają się czasem koszmary senne związane z jazdą samochodem. Już kiedyś jeden z nich Wam przedstawiałam i z tego co pamiętam nosił on tytuł „Auto Romana”. Wspominałam Wam również o tym, że najgorszymi koszmarami jakie potrafią mi się śnić są te dotyczące telefonów. A co powiecie na duo? Dziś bowiem zaprezentuję Wam historię spod poduszki z dzisiejszej nocy, która dotyczy właśnie dwóch wymienionych rzeczy. Specjalnie dla Was odłożyłam na chwilę mego licencjata, aby opisać wam tę mrożącą krew w żyłach świeżynkę. A o to i ona, miłej lektury!

To nie była zwykła przejażdżka

Był dość chłodny, marcowy dzień i nic szczególnego się nie działo, więc z tym większą ochotą mama odebrała telefon, nawet nie sprawdziwszy uprzednio kto do niej dzwoni.
Była to ciocia Ewa i zapraszała nas na jazdę próbną samochodem Mercedes Bentz.
Zgodziłyśmy się na to bez wahania. Zostawiłyśmy tacie karteczkę gdzie ma szukać obiadu i wyruszyłyśmy na przejażdżkę drogim i zapewne wygodnym wozem. Do salonu Mercedesa poszłyśmy piechotą. Tam już czekała na nas ciocia.
Chcę sobie sprawić nowe autko a znajomy mojego męża powiedział, że możemy sobie jeden wozik wypróbować, a więc wsiadajcie prędko i ruszamy w drogę. – Rozsiadłam się wygodnie w drogim wozie.
Szkoda, że nie było w nim radia, albo też ciocia go nie włączyła. Wyjechałyśmy z miasta i upajałyśmy się jazdą. W końcu jednak mamie znudziła się podróż i poprosiła ciocię o powrót:
Może już wracajmy? Mąż niedługo wróci z pracy i miło by mu było zjeść obiad w naszym towarzystwie.
Przecież nie jeden jeszcze posiłek przyjdzie mu z wami zjeść – zaoponowała ciocia, ale zgodziła się na powrót. Ale… czy aby napewno się zgodziła? Dlaczego więc nie wracamy do Kielc tylko jedziemy w dalszą drogę? Już wkrótce okazało się, że ciotka całkowicie straciła kontrolę nad wozem, więc wpadłyśmy w panikę. Po niedługim czasie samochód uderzył w jakąś ciężarówkę, a my cudem uszłyśmy z życiem. Ciocia nie myślała o kierowcy ciężarówki, ani nawet o nas, a jedynie o rozbitym aucie i o tym, jak się wytłumaczy znajomemu męża z tego zdarzenia, bo przecież nikt jej nie uwierzy, że to była wina auta a nie jej.
Uciekajcie! – wrzasnęła z całych sił i pognała poboczem w stronę widniejącego w oddali lasu. My pognałyśmy w tę samą stronę, ale nie dogoniłyśmy cioci.
Nagle mama zauważyła zaparkowany samochód ciotki Zdzisławy.
Wrócimy nim do Kielc – powiedziała uradowana. – Wsiadaj szybciutko, nie ma czasu do namysłu.
Ale.. Trzeba przecież poinformować ciocię! Ona chętnie pożycza swój stary wóz, ale zawsze to z nią konsultowaliśmy.
Dobrze Karola, zadzwoń więc prędko do cioci i poproś o pożyczkę, naturalnie starając się nie wdawać w szczegóły.
Wyciągnęłam z kieszeni mego Iphone i próbowałam odszukać kontaktu cioci, ale jakież było moje zdziwienie kiedy znajdowałam w nim nieswoje numery o dziwnych nazwach takich jak: blebleble, Ululaj, Prostytutka, Dzidziadzi i inne dziwne zakrętasy słowne.
Spróbowałam połączyć się z numerem o nazwie Dziodziadzi, bo nazwa kojarzyła mi się trochę z tą nadaną przeze mnie – ciocia Dzidzia, ale telefon przywiesił się, a kiedy wreszcie voiceover znów do mnie przemówił okazało się, że to nie numer kochanej ciotki, ale jakaś nieznana mi infolinia na 800.
Wreszcie poddałam się i powiedziałam:
Mamo, nie stety nie dam rady zadzwonić do cioci, bo coś mi się stało z telefonem. Zadzwoń ty proszę, bo ja mam naprawdę spore problemy z moim Iphonem. – Mama niechętnie wyjmuje telefon ze swojej torebki, ale chyba ma podobne problemy co ja, bo nie słyszę, aby do kogokolwiek dzwoniła.
Wreszcie z jej gardła wyrywa się ciche przekleństwo a potem rodzicielka mówi:
Nic z tego nie będzie, jedziemy. Potem się cioci wytłumaczę. – Mama przekręca kluczyk w stacyjce, który swoją drogą nie wiadomo po co był zostawiony. Samochód jest stary, ale bez przesady, żeby go tak otwartego zostawiać i jeszcze z kluczykiem w stacyjce. Wóz rusza z piskiem opon i w tym momencie słyszę, że dzwoni mój telefon. To ciocia Zdzisława, poznaję po dzwonku. Z wielkim trudem odbieram połączenie.
Witaj ciociuniu kochana. Chciałam tylko zapytać, czy nie pożyczyłabyś nam swego wozu, który zostawiłaś pod lasem?
Ale… jakiego samochodu? Ja jestem w Kielcach z moim przyjacielem Markiem, a samochód stoi w garażu. Nie dostaniecie się do niego. – Na te słowa rozłączam się szybko, by powiedzieć mamie, że to nie jest samochód ciotki i lepiej z niego wysiąść, ale już jest na to za późno, bo samochód jedzie we własnym tempie, w sobie tylko znane miejsce, a mama zaciska zęby i płacze rzewnie za kierownicą.
Próbuję więc zadzwonić do ojca, by mu powiedzieć w jakim jesteśmy położeniu, ale trzęsące się ręce nawiązują połączenie z jednym z numerów na 800 i słyszę w słuchawce mężczyznę mówiącego w obcym języku i jakieś dalekie popiskiwania. No nie, jeszcze tylko tego brakowało, żeby narazić się na zapłacenie jakiejś bajońskiej sumy za połączenie telefoniczne!

Categories
Sny

Zwariowany, męczący dzień

Był upalny, czerwcowy dzień. Już prawie wakacje, ale w szkole jeszcze każą coś robić.
Dziś totalnie nic mi się nie chciało, a jeszcze kazali pisać jakiś bardzo trudny test z polskiego, który na pewno mi nie poszedł. Po obiedzie opadłam wyczerpana na łóżko zabałaganione płytami, ale nie długo trwał mój wypoczynek, bo do pokoju wszedł Radosław i przypomniał mi o próbie oraz dzisiejszej mszy na której śpiewamy. Ja miałam solówkę więc podźwignęłam się z łóżka i przeczytałam sobie tekst mojej zwrotki, która była dość łatwa. Do pokoju naszego przyszło jeszcze parę innych osób. Wszystkie zachowywały się głośno, a ja miałam ich serdecznie dość.
Nagle poczułam, że zamykają mi się oczy i zdecydowałam, że może pozwolę im się zamknąć i chwilkę się prześpię, gdy Radek zawołał:
-Choć na próbę, już czas! – poczym zostawiając na łóżku jedną z płyt, którą aktualnie się bawił wstał z łóżka i skierował się do drzwi. Z niechęcią poszłam w jego ślady i udałam się na próbę zapominając wziąć ze sobą tekstu.
Dopiero Emil mi o nim przypomniał, gdy staliśmy już pod salą i czekaliśmy na panią Malwinkę.
Powiedziałam chłopakom, że idę wrócić się po tekst, ale wtedy właśnie przyszła nauczycielka i rozpoczęła próbę.
Solówka wyszła mi jako tako, ale pani pocieszyła mnie, że przed występem będzie jeszcze jedna próba, a na mszy na pewno będzie znakomicie. Po próbie znów się położyłam, a mój kiepski nastrój wzmagał się coraz bardziej więc postanowiłam to zmienić. Wstałam z łóżka, wyciągnęłam strój kąpielowy i udałam się na basen, żeby się trochę w nim ochłodzić i nabrać werwy przed występem.
Bardzo fajnie bawiłam się w basenie z jakimiś studentkami i malutkimi dziećmi – chyba nawet nie z naszej szkoły, bo u nas takie maluchy się nie uczą.
Kiedy wyszłam z basenu było już bardzo późno więc zaczęłam się śpieszyć. Pod czepkiem zmokły mi włosy, co bardzo mi się nie spodobało.
Ubrałam się szybko, ale nie wysuszyłam włosów, ponieważ studentki, które były szybsze ode mnie odradziły mi to mówiąc, że spalę sobie włosy, bo dziś jest taki upał, że nawet prąd się nagrzał i lepiej nie korzystać z suszarek.
Zrezygnowana udałam się znów do pokoju i szybko przebrałam w eleganckie ciuchy w których miałam występować na mszy, a Milena pospieszała mnie, że zaraz będzie kolacja.
Byłabym nawet nie poszła na tą kolację, gdyby nie to, że dziś dawali parówki, których smakowity zapach roznosił się po całej szkole.
Zdając sobie sprawę, że spóźnię się na próbę, albo nawet w ogóle na nią nie zdążę weszłam do jadalni i stanęłam w kolejce po moją porcję kiełbasek. W kolejce spotkałam Emila, który dał mi nadgryziony kawałek kiełbasy.
– Po co mi to dajesz? – spytałam go.
– Bo ona jest zatruta. Zrób z nią, co będziesz uważała za stosowne.
– Co ja mogę zrobić z zatrutą kiełbasą. Chyba ją zjeść – myślałam z ironią. Wreszcie nadeszła moja kolej.
Zaczęłam jeść kiełbaski w pośpiechu myśląc o mokrych, brzydkich włosach po basenie i mojej solówce, która i tak na pewno mi nie wyjdzie.

Categories
Sny

Wszystko przez Kim

Była wigilia, a my jak zwykle w niedużym gronie spożywaliśmy świąteczną kolację.
Nagle zadzwonił dzwonek.
Wszyscy zamarli. Bo niby się mówi o przyjmowaniu niespodziewanego, potrzebującego gościa, ale rzadko ktokolwiek przychodzi. W końcu jednak zdecydowano, że trzeba dopomóc w potrzebie i otwarto drzwi. Było to małżeństwo z może rocznym dzieckiem.
Poprosili o gościnę, ale nie tłumaczyli się dlaczego nie spędzają tej wigilii w domu rodzinnym.
Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że dostałam od nich prezent.
– Szukając miejsca, gdzie moglibyśmy spocząć spotkaliśmy na swojej drodze Mikołaja, który kazał przekazać ci ten oto podarunek – powiedziała kobieta uroczyście i wręczyła mi paczkę z namalowaną na niej gęsią i z dużym napisem: Kim. W paczce siedział przycupnięty mały piesek, zapewne szczeniak.
– Mieliśmy wam podarować gęś, ale nie byliśmy pewni, czy macie dla niej odpowiednie warunki. – odezwała się znów kobieta.
– Mielibyśmy, ponieważ posiadamy kury, ale myślę, że piesek bardziej córkę ucieszy – powiedziała rzeczowo mama i przygotowała 3 nakrycia.
Niespodziewani goście nie zabawili u nas długo. Zjedli pośpiesznie, zaśpiewali z nami jedną kolędę i opuścili nasz dom dziękując za gościnę. Dopiero następnego dnia zaczęły się kłopoty.
Kiedy wyszłam z psem na spacer on prowadzał mnie po jakichś nieznanych mi uliczkach, gdzie spotykałam bardzo biednych ludzi, często używających wulgaryzmów.
Pewnego dnia suczka zostawiła mnie dłużej niż zwykle wśród ulicznej biedoty. Tam natomiast znalazła mnie policja i oskarżyła mnie o prostytucję.
Następnego dnia próbowałam się nie dać psu, ale ten jak zwykle ciągał mnie w swoje strony. Tym razem spotkałam biedną kobietę z dziećmi, która namawiała mnie, bym z nią zatańczyła na ulicy w celach zarobkowych. Z początku nie chciałam się zgodzić, ale kobieta nie ustępowała, więc zatańczyłam jedno kółeczko dla świętego spokoju. Od tego tańca zakręciło mi się w głowie i znów nie mogłam znaleźć psa, lecz najgorsze miało dopiero nastąpić.
Kiedy wreszcie mała powsinoga do mnie wróciła poszłam z nią do domu. Rodziców jeszcze nie było, ale czekała na mnie ciocia Dzidzia z jakimś dużym psem zapewniając mnie jednak, że on na pewno nie ugryzie, ani nie zrobi nic złego mej małej suczce. Usiadłam więc koło niej wyczerpana i włączyłam muzykę.
Wtedy ciocia zaczęła grzebać w torebce jak gdyby coś jej się przypomniało.
– To są dwie płyty od Norberta. Kazał mi pokazać ci 2 utwory – powiedziała ciocia.
Wzięłam jedną z płyt i wsadziłam ją do odtwarzacza.
Pierwszą piosenką jakiej miałam wysłuchać był utwór pod tytułem "Mechanik samochodowy" (po angielsku). Był to utwór metalowy o ostrym, nieprzyjemnym brzmieniu, którego się bałam. Po wysłuchaniu fragmentu wzięłam od cioci drugą płytę i puściłam z niej utwór pod tytułem "zapowiadacz pogody" (również po angielsku). Ten był jeszcze gorszy. Z początku był jeszcze znośny, stylem nie przypominający metalu, ale z czasem się rozkręcił, a ja bałam się go okropnie. Psom również się ta muzyka nie spodobała, bo robiły się coraz bardziej agresywne, aż w końcu oba rzuciły się na ciocię z wielką furią i zaczęły ją gryźć.
Stałam jak sparaliżowana. Nie miałam siły, by unieść rękę i wyłączyć sprzęt, lub też zadzwonić po pomoc, albo próbować odciągnąć psy. W końcu ktoś wrócił do domu i zakończył całą sprawę, ale nawet nie wiem jak, bo ze strachu straciłam przytomność i obudziłam się dużo później, a jedną z pierwszych myśli była ta, że wszystkie te nieprzyjemne wydarzenia dzieją się przez psa i mimo iż jestem humanitarna wobec zwierząt postanowiłam psa wyrzucić. W tym celu kazałam wywieźć się do lasu, a potem szłam jeszcze przez jakiś czas ze zdezorientowaną Kim na smyczy.
Nagle usłyszałam jakąś przyjemną radiową muzykę.
Spuściłam więc psa i udałam się w stronę dźwięku.
Była to mała budka stojąca między drzewami.
Zapukawszy cicho weszłam do środka. Było tam dosyć ciasno. W środku przebywało trzech mężczyzn: Marek Starybrat, Marcin Sońta i Marcin Wojciechowski. Usiadłam między Sońtą a Wojciechowskim. Mężczyźni powiedzieli mi, że pozwolono im tu prowadzić audycję, by odpoczęli od zgiełku Warszawy i przekazali ich spokój duszy słuchaczom. Wojciechowski miał też ze sobą zooma i grzebał coś przy nim namiętnie. Był milczący, zajęty swoimi sprawami. Na małym stoliku leżało w dużej misie mnóstwo cukierków, ale mężczyźni mnie nie poczęstowali.
Nagle usłyszałam pod drzwiami skomlenie i drapanie w drzwi.
– O nie – pomyślałam – nie będzie mi to wstrętne psisko psuło zabawy z ludźmi z radia. Już dość się przez nią wycierpiałam i nie tylko ja.
– To twój pies? – zapytał Starybrat.
– Nie – odpowiedziałam twardo. Po chwili skomlenie ustało.
Dobrze mi się siedziało w budce słuchając komercyjnej muzyczki, ale nie będę się przecież panom narzucać, a to wstrętne psisko pewnie już sobie poszło szukać znów jakichś meneli i innych marginesów społeczeństwa. Po dłuższej chwili z żalem opuściłam przyjemną budkę i pożegnawszy się z mężczyznami udałam się w stronę samochodu. Na szczęście psa nie było już w pobliżu.
Żeby tylko któryś z radiowców się na niego nie natknął i litościwie go nie przygarnął, bo będzie miał potem problemy, oj będzie.