Categories
Sny

Uwięzieni w bedziowie

Podczas jednej z ostatnich rozmów telefonicznych Emil zarzucił mi, że nie jestem samodzielna, że siedzę tylko w domu i nie używam białej laski.
Zgodziwszy się z nim postanowiłam w tej kwestii coś zmienić i wybrałam się w samotną podróż do Krakowa i nie było to wcale takie trudne jak się spodziewałam. W Krakowie lekko się zagubiłam, ale wtedy na swej drodze spotkałam Weronikę, która też się zgubiła, więc byłyśmy razem w tym zgubieniu i poczułyśmy się znacznie lepiej. Zadzwoniłam do mamy, by po mnie przyjechała i pomogła się odnaleźć. Rodzicielka na nasze poszukiwania wzięła ze sobą swą niezawodną siostrę Dzidzię. Ciocia i mama znalazły nas bez problemu, ale dopiero wtedy zaczęły się schody, bo nagle okazało się, że nie jesteśmy w Krakowie tylko w jakimś obcym mieście o brzydkiej nazwie Bedziów. Głodni i przerażeni dotarliśmy do jakiegoś obskurnego hotelu, gdzie podano nam stare, wygotowane i zimne jedzenie a potem zagoniono do pracy w jakiejś bibliotece pełnej starych rękopisów.
Jakimś cudem udało nam się uciec z tego okropnego hotelu ale było już po drugiej w nocy a my nie miałyśmy gdzie zmrużyć oka. Złapałyśmy więc stopa a młody mężczyzna obiecał nas ugościć w swym domu a rano odwieźć gdzie będziemy chciały. Szybko okazało się jednak, że wpadłyśmy z deszczu pod rynnę, bo nad ranem wylądowałyśmy w Bedziowicach Małych, gdzie mężczyzna kazał nam zajmować się swoimi zwierzętami.
Były to głównie gryzonie: szczury, myszy, tchóżofredki. A gdzie świnki morskie? – zapytałam zaciekawiona a wtedy facet tak dziwnie parsknął i zaniemówił, jakby to wyrażenie – świnki morskie zupełnie go przerosło.
Wykorzystałyśmy ten moment i zwiały z jego ciasnego, zagraconego mieszkanka pełnego klatek ze zwierzętami.
Wszystko fajnie, ale przebywałyśmy nadal w Bedziowicach Małych i nikomu nie mogliśmy zaufać.
Kiedy tak skrajnie wyczerpane błąkałyśmy się po rynku małego miasteczka zadzwonił do mnie Mateusz a ja odebrałam niechętnie.
– Co u ciebie? – zawołał wesoło kolega.
– A, nic miłego. Jestem właśnie z mamą, ciocią i Weroniką w Bedziowicach Małych i nie możemy się z nich wydostać – odparłam dość spokojnym głosem.
– W Bedziowicach Małych. A, to nie jest jeszcze tak źle. Złapcie jakiegoś stopa, albo choćby taksówkę i powiedzcie mu do ucha: „Silni strażnicy nigdy nie zawiodą”, to was odwiezie gdzie będziecie chcieli.
– No nie wiem. Kiedy wczoraj byliśmy w bedziowie… – Zaufaj mi – przerwał mi Mateusz i się rozłączył.
Zrobiliśmy jak kazał i udało się wrócić do Krakowa, ale co się na przeżywałyśmy, namęczyły i bały to nasze.
Cchałyśmy też gdzieś zgłosić ten krakowski trójkąt Bermudzki prowadzący do Bedziowa i temu podobnych miasteczek, ale obawiałyśmy się, że wezmą nas za wariatów, więc zostawiłyśmy to jak jest wracając szczęśliwie do swych domów.

Categories
Sny

Nadprogramowy transport z Rosji

Wracam z mamą z kościoła a tu na drodze niespotykany widok. Na drogach i poboczach po brudnym śniegu drepczą niepewnie piękne puchate koty syberyjskie. Jest ich całe mnóstwo. Ludzie podchodzą do nich, głaszczą, robią sobie z nimi zdjęcia a nawet… zabierają ze sobą!
– Skąd te koty się tu wzięły? – myślę głośno. To jakiś żart, czy co? – odpowiada na to mama.
– Złap mi jednego – mówię do niej. Mama schyla się i łapie jednego. Nie jest on tak okazały jak pozostałe no ale zawsze coś a najpiękniejsze okazy pewnie są już wyłapane.
– Zabierzemy tego kota do domu? – pytam mamę ściskając zdezorientowane zwierzątko, żeby mi nie umknęło za swymi towarzyszami niedoli.
– A po co nam taki kot? Sierść będzie zostawiał, żwirek z kuwety wysypywał, miaukolił pod drzwiami z rana – marudzi mama.
– Ależ to jest drogi, rasowy kot – odpowiadam jej na to. Jak nam się nie spodoba możesz go sprzedać za kilka tysi! Ten argument zbija mamę z tropu i zabieramy kota do domu.
Kiedy go wykąpałyśmy i wyczesały futerko okazało się, że kot nie jest znowu taki brzydki, tyle że nieco mniejszy od pozostałych. Był bardzo spokojny, wręcz wycofany. Gdzie się go zostawiło tam siedział. Widać, że tęsknił za domem i współbraćmi. Szkoda mi się go zrobiło bardzo. Od Wiktora dowiedziałam się, że transport kotów pochodzi aż z samej Rosji, bo Polska toczy z nią jakąś wojnę, więc postanowiła zabrać Rosji co najlepsze czyli zwierzęta wyhodowane pieczołowicie w tym kraju oligarchów, gdzie wszystko musi być piękne i dopracowane. Rozpoczęto od kotów syberyjskich, następne miały być koty rosyjskie i perskie, bo one wbrew swej nazwie z Persji nie pochodzą a następnie do naszego kraju sprowadzone zostaną ozdobne pieski takie jak: toy rosyjski czy bolonka rosyjska. W kilka dni później zaproponowano tacie pracę w jakiejś firmie monterskiej w Krakowie. Tata zgodził się niemal od razu i namawiał nas, byśmy z nim pojechali na rozmowę kwalifikacyjną.
Zgodziłam się skwapliwie pod warunkiem, że przy okazji będę mogła odwiedzić kilku znajomych. W tym samym mniej więcej czasie okazało się też, że znalazł się właściciel mojego kota i przyjechał aż z Rosji, żeby go zobaczyć. Nie chciałam hodowcy oddawać zwierzaka, ale głupio mi było trzymać tak drogie stworzenie u siebie nie zapłaciwszy za nie stosownej sumy. Podejrzewałam też, że tata dostał ową tajemniczą pracę właśnie z powodu tego kota. Mama na pewno wolałaby oddać zwierzaka, aby tata został w Kielcach i pracował tam, gdzie pracuje, ale tata już się nastawił, już podniecił nowymi zadaniami, jakie na niego czekają. Pojechałam więc z nim do tego Krakowa i przyglądałam się jak szpanuje wiedzą, jak wydzwania do pracy, z której się jeszcze nie zwolnił, aby pokazać przyszłemu pracowacy, że on nie byle kto i że praca, której się podejmie ma być godna i sowicie wynagradzana. W trakcie gdy tata pertraktował z przyszłym pracodawcą zadzwoniła do mnie mama, że był u nas Rosjanin od kota i że skłania się ku zostawieniu Syberyjczyka u nas, bo zwierzę już do nas przywykło. Mama kazała mi też wyciągnąć jak najszybciej tatę z Krakowa i niedopuścić, by podjął nową pracę.
Było to bardzo trudne zadanie, ale jakoś się udało i właśnie wracaliśmy do domu nawet nie odwiedziwszy moich znajomych, aby się tata nie wrócił i nie podpisał umowy z nowym pracodawcą. W domu zastałam jeszcze Rosjanina na co kompletnie nie miałam nadziei. Był to bardzo miły facet i szkoda mi się go zrobiło, że w taki okropny sposób utracił swoją hodowlę. Obiecałam mu solennie, że będę się opiekować jego kotem jak najlepiej potrafię i że pomogę odnaleźć pozostałe zwierzęta, choć zaznaczyłam, iż nie będzie to łatwe, bo wielu ludzi wzięło je wyłącznie na sprzedaż. Poprosiłam też hodowcę nieśmiało o jednego kotka dla Wiktora, gdyż jemu też podoba się ta rasa.
Niestety nie udało się odnaleźć wiele kotów – zaledwie 2, może 3 a 1 w ciężkim stanie. Rosjanin zamieszkał z nimi w Polsce, bo w Rosji znów by je mu skonfiskowali, ale nie prowadził już hodowli. Na szczęście wstrzymano transport pozostałych zwierząt z rosji, bo inaczej rozegrałaby się kolejna tragedia, ale i tak obawiałam się, że to kiedyś nastąpi. Miałam też obawy, że Rosja weźmie odwet i zechce nam zabrać coś polskiego a my dość przecież mamy zaborów.

Categories
Sny

Sny ze świąt i po nich


Z hiszpańskiej kolekcji rzadkich okazów

Pogoda była piękna, skończył się już covid i wszyscy chyba na dobre o nim zapomnieli szybciej niż by się wydawało, bo jeździli tu i tam, wypoczywali w pełni korzystając z uroków lata. My również nie byliśmy gorsi.
Zaczęliśmy od okolicznych atrakcji czyli mojego ulubionego kąpieliska. Tam spędziliśmy cały dzień. W jego trakcie jednemu z naszych znajomych usiadł na ręce niewielki ptaszek wielkości wróbla, może nawet mniejszy i zaćwierkał cichutko. Mężczyzna ze złością strącił ptaszka z ręki a stworzonko odleciało gdzieś sobie z nerwowym popiskiwaniem.
– Dlaczego nie pokazałeś mi tego ptaka? – zapytałam mężczyznę z irytacją w głosie.
– Bo nie lubię zwierząt – burknął tamten.
– Jesteś okropny, wkurzyłeś mnie bardzo! – warknęłam na niego i odeszłam nieco od naszych koców a wtedy podszedł do mnie tata, by zapytać co się stało.
– Twój koleżka z pracy miał przed chwilą na ręce jakiegoś nieznanego w naszym kraju ptaka i go przegonił zamiast go złapać i mi pokazać.
– Ptak był bardzo kolorowy niczym motyl jakiś – wtrącił się do rozmowy wspomniany mężczyzna. Tata odszedł z nim na stronę i rozmawiali sobie już o czymś innym a ja nadal stałam obrażona rozmyślając o tajemniczym ptaku. Nagle coś usiadło mi na ramieniu. Szybko podniosłam rękę i ujęłam w palce malutkiego ptaszka. Podeszłam z nim do naszego koca i usiadłam na nim. Kiedy podeszli do mnie rodzice oznajmiłam im:
– Zabieramy tego ptaka ze sobą. To nie jest mieszkaniec naszego kraju. Zawieziemy go do papugarni, albo jakiegoś innego ośrodka, gdzie opiekują się egzotycznymi stworzeniami. – Rodzice nie byli zachwyceni moim pomysłem, ale wiedzieli, że nic nie wskurają.
Tymczasem inne ptaszki ze stada martwiąc się o towarzysza i słysząc jego nerwowe popiskiwania w moich rękach zaczęły się do nas zlatywać, więc zaczęliśmy je wyłapywać. Kiedy całe stado było już unieruchomione zebraliśmy manatki i mimo pięknej pogody oraz mokrych strojów kąpielowych ruszyliśmy do papugarni. Tam powitały nas jak zawsze uśmiechnięte opiekunki. Od razu wyjaśniłam im, że nie przyjechaliśmy tym razem na rozrywkę, choć kolega taty wyraźnie miał ochotę pooglądać kolorowe papugi i wsunął się cicho do sali z ptakami wykorzystując okazję. Mężczyzna nie cierpiał zwierząt, ale czasami robił im zdjęcia, tak dla szpanu, by pochwalić się kolegom.
– Przyszłam do państwa w następującej sprawie: Dziś złapałam kilka prawdopodobnie rzadkich okazów ptaków i pragnę je Wam podarować, gdyż nie mam warunków, aby je u siebie zatrzymać.
– Dziękujemy bardzo za troskę, ale chyba nie jest to możliwe, aby ptaki u nas zostały, gdyż nasza działalność chyli się ku upadkowi z powodu minionej pandemii.
– Tym lepiej dla Was jeśli przyjmiecie pod swój dach te przemiłe skrzydlate istotki. Podejrzewam, że są one bardzo cenne i sprzedając je możecie pozyskać środki finansowe na utrzymywanie papugarni i ku uciesze całego miasta nie zamykać jej z powodu popandemicznego kryzysu.
– Może i tak. W takim razie proszę zostawić ptaki a my zadzwonimy w tej sprawie do naszego szefa. – Kobiety umieściły małe stadko kolorowych ptaszków w wolierze dla nowoprzybyłych a my udaliśmy się do domu uprzednio wyciągając z sali z ptakami naszego znajomego. Przy okazji chwilę pobawiłam się z Adelą. Kobiety nie wzięły pieniędzy za mój i znajomego pobyt wśród ptaków, gdyż liczyły, że ubiją niezłą fortunę na ptaszkach, które im przywieźliśmy.
Dnia następnego dowiedzieliśmy się, że ptaki należały do jakiegoś hiszpańskiego hodowcy. Większość stada wróciło do jego rąk, oczywiście za odpowiednią opłatą a jedna parka została w papugarni by cieszyć oko mieszkańców miasta. Dzięki tym rzadkim hiszpańskim ptakom papugarnia nie została zamknięta za co byłam Hiszpanowi dozgonnie wdzięczna i postanowiłam w najbliższym czasie go odwiedzić.

Doświadczenia na płytach cd – sala zniszczeń

W kilka dni po świętach Bożego Narodzenia przyszła do mnie paczka a w niej: organizer na biurko, kubek oraz płyta cd. Był to album wykonawczyni, której do tej pory nie znałam, ale bardzo mi się spodobał. Wokalistka miała ciepły, nosowy, aksamitny głos. W dniu otrzymania paczki tata zaproponował mi kilkudniowe warsztaty w naszej okolicy a ja zgodziłam się na nie bez wachania, bo radość z posiadania nowej, ciekawej płyty przyćmił logistyczne myślenie i pesymizm.
Dnia następnego udałam się na warsztaty. Odbywały się tam zajęcia różne – od lepienia z gliny czy innej masy po zajęcia muzyczne. Pod koniec pierwszego dnia warsztatów ktoś zaprowadził mnie na osobliwe zajęcia, gdzie… robiono doświadczenia na płytach cd: rysowano je, smarowano różnymi substancjami, polewano wodą, deptano, rzucano nimi… W sali była dość spora liczba osób, więc zajęłam się płytami po swojemu. Wkładałam je do odtwarzacza i sprawdzałam co na nich jest, jednak z większości nie dało się już korzystać. Nagle natrafiłam na płytę wokalistki, którą dostałam dnia poprzedniego. Był to inny album artystki, chyba starszy, może to jej pierwsza płyta? Nie zastanawiając się ani chwili postanowiłam tę płytę ukraść. Schowałam ją do torebki, chwilę dla niepoznaki poprzebywałam w sali zniszczeń poczym wymknęłam się z niej cicho. W domu włożyłam krążek do odtwarzacza. Nie był porysowany.
Zrezygnowałam z chodzenia na warsztaty. Miałam lekkie wyrzuty sumienia, że ukradłam płytę, ale nie było innego wyjścia. Nikt mnie na szczęście za to nie ukarał. Planowałam kupić sobie jeszcze jedną płytę wokalistki.
Któregoś dnia zadzwoniła do mnie koleżanka z warsztatów – Apolonia i zaproponowała, że przywiezie mi kilka płyt.
Powiedziałam, że już nie chodzę na warsztaty, więc może przyjechać do mojego mieszkania, albo ja do niej wpadnę, aby jej kłopotu nie robić. Zdecydowałyśmy, że to ona przyjedzie do mnie, bo kocha zwierzęta i chce pobawić się z moją świnką morską. Nigdy wcześniej nie mówiłam tej dziewczynie, że zbieram płyty, więc jednak ktoś widział moją kradzież.
Podczas wizyty Apolonii u mnie dowiedziałam się, że dziewczyna chodzi nadal na warsztaty i wykrada płyty w dobrym stanie z sali zniszczeń.
– A czy nie boisz się, że ktoś cię w końcu nakryje?
– Trochę tak, ale moja mama tam pracuje, więc jakoś to się ułoży jeśli nawet się wyda. – Od czasu spotkania z Polą widywałyśmy się co jakiś czas, nie tylko z powodu płyt. Dzięki warsztatom zyskałam więc kilka dobrych płyt oraz nową przyjaciółkę.

Categories
Sny

Zaglądam do twojego mózgu

Zaglądam do twojego mózgu!

Taki oto sen przyśnił mi się na dzień przed wigilią.

Spóźniony prezent gwiazdkowy

Święta już minęły, w tym roku zwyczajne i ponure. Nie otrzymałam nic na gwiazdkę, bo sporo dostałam na mikołaja. Czekałam jedynie na spóźniony podarek świąteczny od radia a tak to nic szczególnego się nie działo. Siedząc z Tosią na kolanach rozmyślałam ponuro co przyniesie rok następny. Czy kolejną porcję covidu i związanych z nim ograniczeń? Czy może trochę sukcesów i szczyptę radości? Zadzwonił telefon, więc niechętnie go odebrałam. Głos kolegi wyrwał mnie brutalnie z pesymistycznych myśli:
– Karola, spodziewaj się kuriera! I przepraszam, że tak późno, ale nie dało się inaczej. W każdym razie będziesz miała na urodziny.
– Ale co? – usiłowałam zapytać, ale moje pytanie trafiło w pustkę, gdyż kolega już się rozłączył. Zaniosłam Tośkę do klatki a moje myśli nie były już tak pesymistyczne jak jeszcze chwilę temu. Cóż on wymyślił? Przecież on nie zna moich pragnień! To na pewno będzie jakiś nietrafiony prezent.
Dnia następnego kurier rzeczywiście zawitał do mojego mieszkania ze średniej wielkości paczką. Rozpakowałam ją niecierpliwie. W jej wnętrzu znalazłam słuchawki – zwykłe, półotwarte słuchawki. Nie byłam zadowolona z prezentu, gdyż jakieś 2 miesiące temu kupiłam sobie słuchawki – ulubiony model.
Mimo wszystko postanowiłam sprawdzić jak brzmi nowe cacko. Słuchawki nie miały kabla, więc zaczęłam wciskać na oślep przycisk po przycisku, by je włączyć i nagle usłyszałam znaną mi piosenkę, więc wsłuchałam się w nią bez reszty. Po niej przyszła następna i kolejna, wszystkie bardzo mi się podobały.
Zaczęłam wciskać inne przyciski i odkryłam, że słuchawki te same puszczają utwory i można je dodawać do ulubionych.
Pozostał mi jeszcze 1 nieprzetestowany przycisk z brajlowską literą M.
Kiedy go wcisnęłam zapadła cisza a następnie usłyszałam utwór z dzieciństwa, którego dawno już nie słyszałam i prawie zapomniałam o jego istnieniu. Po testowaniu słuchawek naładowałam je i zadzwoniłam do kolegi, by porozmawiać o tym osobliwym sprzęcie.
– A coś ty mi chłopie kupił?! Pewnie to kosztowało fortunę. Powiedz mi coś więcej o tych słuchawkach, bo nie wrzucono do nich instrukcji. Czy one mają jakieś limity tej muzyki? Czy trzeba je aktualizować czy jak?
– Wyślę ci zaraz instrukcję na maila. Ogólnie jest tak. Trafiłem na nie przypadkiem. Musiałem podać sprzedawcy jakiej muzyki sluchasz, ale nie było z tym większego problemu, ponieważ ostatnimi czasy przesyłałaś mi swoje ulubione utwory. Kiedy już to zrobiłem mogłem dokonać potrzebnych formalności by przesłać ci ten nietypowy prezent.
– Wow, no to ciekawie, naprawdę! Dziękuję ci bardzo za te słuchawki. Trzymaj się tam ciepło.
Wiedziałam, że nie mogę zatrzymać tych słuchawek u siebie, bo nie wykorzystam w pełni ich możliwości. Ja zbieram płyty i słucham ich głównie na wieży z jej oryginalnych głośników. Słuchawki te służyłyby mi jedynie jako poszukiwacz nowej muzyki, więc nie wykorzystywałabym w pełni ich możliwości.
Postanowiłam je więc oddać. Tylko komu? No jasne, że Alicji. Ona będzie zachwycona takim podarkiem.
Postanowiłam zrobić przyjaciółce niespodziankę i nie wspomniałam choćby słowem o tym co od kilku godzin mam w mieszkaniu.
Dnia następnego postanowiłam jej te słuchawki wysłać, ale jakież było moje zdziwienie kiedy nie znalazłam ich na miejscu, w którym je zostawiłam. Przeszukałam cały dom, ale nowiutki sprzęt się nie znalazł. Zadzwoniłam do kolegi, bo nie wysłał mi instrukcji mimo że obiecał to zrobić.
Zapytałam go niewinnie kiedy to uczyni nie wspominając nic o zaginięciu urządzenia a on wysłał od razu w czasie naszej rozmowy, aby ponownie o tym nie zapomnieć. Po rozmowie otworzyłam maila, aby przeczytać instrukcję.
Może tam coś napisali o dziwnych właściwościach znikania sprzętu? Instrukcja była wielkości pokaźnej książki, miała grubo ponad 1000 stron w pdf’ie.
Najpierw opisano jak powstały słuchawki, kim byli ich twórcy itd. Następnie opisano z jakich baz muzycznych i w jaki sposób urządzenie z nich korzysta. NO gdzie jest o tym znikaniu! – zaczęłam się niecierpliwić.
Kiedy otrzymałam na urodziny ostatnią płytę Kylie Minogue i chciałam ją umieści w odpowiednim miejscu mojej płytoteki znalazłam poszukiwane od kilku dni słuchawki. O nie, teraz już Wam nie popuszczę! – zapakowałam je do pudełka, schowałam je do kanapy, gdzie trzymam pościel – stąd mi już nie uciekną i zaczęłam zamawiać kuriera. Jutro już Was tu nie będzie! – powiedziałam groźnie. W tym momencie zadzwonił do mnie kolega.
– Naprawdę, bardzo, bardzo mi przykro – zaczął. Ale… będziesz musiała zwrócić słuchawki, bo właśnie przed chwilą dzwonił do mnie ich producent i powiedział, że źle się z nimi obchodzę i muszę je zwrócić. Czy nie czytałaś w instrukcji, że nie wolno ich oddawać bez uprzedniego zgłoszenia?
– Nie! – odpowiedziałam wściekle. – Instrukcja była tak długa, że zajęłoby mi nie wiem ile czasu, aby ją przeczytać.
– No to nic, w każdym razie teraz musisz zwrócić im słuchawki. Jeszcze dziś a najpóźniej jutro przyjedzie po nie kurier.
– A co będzie, jeżeli ich nie oddam?
– Nie będziesz mogła nigdzie kupować płyt ani ściągać muzyki, bo znajdziesz się na czarnej liście.
– Ło matulu, co to za dziwna firma! Niech sobie więc wezmą te słuchawki i dadzą mi święty spokój.
– Jeszcze raz cie przepraszam, że otrzymałaś ode mnie taki lipny prezent.
– Nie ma sprawy, naprawdę, nic się nie dzieje. Nie kłopocz się tym więcej. – Po skończonej rozmowie wyjęłam z pudełka słuchawki, by ich poużywać i trochę je udobruchać. Puszczały mi głównie utwory Kylie MInogue, ale gdy zaczęłam się znów zastanawiać nad ich oddaniem przycichły nieco i nie chciały się pogłośnić aż w końcu się wyłączyły. Schowałam je więc na powrót do pudełka i czekałam na kuriera. Tego wieczora chciałam wziąć udział w konkursie radiowym, ale powiedziano mi, że nie mogę, bo złamałam jakieś zakazy. To wszystko wina tych nowych słuchawek i bardzo kusi mnie, by je wyrzucić za okno.

Categories
Sny

Rzadki okazy

Perfumy pudrowe

Wracałam z zagranicy a w ciężkim bagażu miałam mnóstwo kruchych, drogich pamiątek.
Wśród nich znalazły się perfumy pudrowe w wymyślnym flakonie niczym eliksir jakiś. Kobieta z którą wracałam z podróży poradziła mi, abym dała jej te perfumy na przechowanie, gdyż w czasie kontroli celnej mogą się one nie spodobać i utracę je na zawsze. Nie ufałam na tyle kobiecie, aby przekazać jej perfumy, poza tym obawiałam się, że dużo czasu upłynie zanim spotkamy się w Polsce i będę mogła odebrać flakon. Nie zgodziłam się więc na oddanie perfum ale w miarę jak zbliżał się czas kontroli zaczęłam się coraz bardziej bać aż w końcu, w ostatniej niemal chwili oddałam rzadkie perfumy kobiecie, sekundę później żałując podjętej pod wpływem strachu decyzji. Na szczęście po powrocie do kraju kobieta szybko się do mnie odezwała i odesłała perfumy całe i zdrowe. Rozpakowywałam je otoczona gronem przyjaciół i rodziny. Rozpyliłam je na ręce, ale nie poczułam żadnego zapachu a wszystko wokół zaczęło się ode mnie oddalać. Przestraszyło mnie to bardzo, ale nic nie mogłam poradzić, więc opadłam na poduszki mając nadzieję, że szybko się wybudzę.
Kiedy to nastąpiło byli już przy mnie tylko rodzice, babcia oraz Wiktor. Zapakowałam perfumy w ozdobną paczkę i kazałam je wysłać do Radia Zet. Zapytacie dlaczego akurat tam a ja odpowiem: nie mam zielonego pojęcia!

Niezwykła, rzadka rasa psów

Słuchałam właśnie jednej z moich ulubionych audycji kiedy tata wszedł do mego pokoju i zaproponował spacer.
– Nigdzie się nie wybieram – burknęłam i pogłośniłam radioodbiornik.
– Musisz wyjść, jest piękna pogoda. Mama też idzie. Nie marudź więc proszę, tylko się ubieraj, zanim słonko zajdzie. – Z ociąganiem podniosłam się z fotela i zmieniłam odzież. Z żalem wyłączyłam radio i opuściliśmy mieszkanie.
Pogoda rzeczywiście była fantastyczna, więc humor nieco mi się poprawił. Idąc przez osiedle, w jednym z podwórek usłyszeliśmy jazgot kilku małych piesków.
– A cóż to za wrzaskliwe psiaki? – zapytałam z ciekawością rodziców.
– A, takie małe, puchate kuleczki. Chcesz zobaczyć jednego? – powiedział tata i pchnął furtkę wchodząc na niewielkie, zadbane podwóreczko.
– Ależ Robercie! – oburzyła się mama – Nie wolno tak wchodzić na cudzą posesję.
– Przecież my tylko na chwilkę powiedział tata i szedł dalej przez podwórko nie zważając na nic. Psiaki prowadziły go w stronę drzwi do domu. Były to 3 małe, puchate kulki – dwie białe i jedna siwa, w dotyku miękkie jak aksamit. Pod drzwiami domu wreszcie się zatrzymały i dały się pogłaskać. Podobał mi się najbardziej ten najmniejszy biały – puchaty niczym maskotka jakaś i tata chciał go zabrać ze sobą a mama znów zaczęła lamentować że tak nie wolno i tak dalej. Tymczasem psiaki otworzyły drzwi od mieszkania i wtedy mama się ośmieliła. Najpierw umyła sobie ręce a następnie poczęstowała się kanapką i jakimś ciastkiem dodając: Chyba tu jeszcze wpadniemy jak będziemy wracać ze spaceru. – Zaraz po tych słowach dało się słyszeć skrzypnięcie drzwi a przed nami stanęła właścicielka domu. Mama z zaskoczenia i zażenowania aż podskoczyła nienaturalnie a mnie zrobiło się jej żal.
– Ależ nic się złego nie dzieje – powiedziała właścicielka domu milutkim głosikiem. – Możecie czasem do nas zajrzeć.
Teraz to ja się przestraszyłam, bo to nie jest normalne, że młoda kobieta wracając do swego domu nie złości się, że zastaje u siebie troje obcych ludzi zajadających jej przekąskę i bawiących się z jej drogimi zapewne psami.
– Co to za rasa? – zdołałam jeszcze wydusić opuszczając mieszkanie a kobieta bąknęła coś nie wyraźnie.
– Nie sprzedałaby nam pani jednego? – drążył dalej tata.
– Niestety nie, bo to rzadkie okazy są. – Nie dopytywaliśmy już więcej. Postanowiliśmy zwiewać i długo w tych stronach się nie pokazywać. Mimo to z mojej głowy nie chciał zniknąć obraz ślicznych puchatych istotek baraszkujących po podwórku. Wpisywałam w internet „Rzadkie rasy małych psów”, ale nic nie mogłam znaleźć. Postanowiłam więc, że któregoś dnia wybiorę się znów do tajemniczej pani i porozmawiam z nią na temat jej słodkich pupili. Muszę tylko najpierw odszukać pudrowych perfum, które nieopatrznie oddałam do Radia Zet a wszystko na pewno się ułoży.

Categories
Sny

Strefa Chilloutu

Covid szalał jak nigdy dotąd a że zajęć nie miałam na uczelni żadnych, ni jakiejkolwiek pracy i z ludźmi się nie widywałam, wpadłam w depresję wielką i z łóżka podnosić się przestałam. Mama zmartwiła się tym bardzo, usiadła dnia pewnego z tatą w salonie i zaczęła rozglądać się za jakąś bezpieczną w czasach pandemii terapią dla mnie.
Nagle ich oczom ukazało się zagadkowe ogłoszenie w internecie o nowo powstałej strefie chilloutu w Kielcach. Tata zadzwonił tam i dowiedział się, iż ze względu na pandemię trzeba się na wizyty umawiać. Umówili więc mnie na pierwszą na dzień następny.
Byłam sceptycznie nastawiona do tego przedsięwzięcia, ponieważ nie przepadam za zajęciami relaksacyjnymi, ale ustąpiłam rodzicom, bo i tak nie miałam nic do roboty. Tata był w pracy więc pojechałam tam z mamą autobusem. Nie było bardzo daleko, może tak, jak do papugarni. No właśnie, papugarnia, chętniej tam bym się wybrała niż do jakiejś tam strefy chilloutu. Na miejscu pani o miłym głosie wręczyła nam katalog i kazała rozsiąść się w fotelu i wyjaśniła co tu będziemy robić.
– Ponieważ jesteście panie pierwszy raz dziś odwiedzicie wszystkie nasze atrakcje i wybierzecie sobie 3 z nich, na które w przyszłości będziecie chodzić. Mamy do dyspozycji 10 pokoi relaksu:
1. Pokój spa: masaż, gorące kąpiele itd.
2. Pokój aromatów: perfumy, inhalacje, wziewy, dymy i co tam jeszcze;
3. Pokój zwierzeń – tu będziecie mogły się wygadać, wyżalić, wypłakać, wy…
4. Pokój muzyczny – tu muzyka weźmie was w obroty i napewno znajdzie sposób aby was zrelaksować;
5. Pokój z ptakiem – w nim trzymamy papugę, która zagłaszczę was na śmierć i szepnie coś do ucha, a gdy tego będziecie mieć dość, zanuci piosnkę niczym skowronek o poranku.
6. Pokój sensoryczny… – już nie słuchałam dalszych wynurzeń miłej pani, bo w głowie miałam tylko pokój z ptakiem i umierałam z ciekawości jaką papugę w nim trzymają. Kobieta zaprowadziła nas do pierwszego pokoju i zostawiła. Na każdy pokój miałyśmy 15 minut czasu, jednak z każdego pokoju wychodziłyśmy niemal od razu, bo ja chciałam jak najszybciej odwiedzić pokój z ptakiem.
Jedynie w tym perfumowym zostałam nieco dłużej i naturalnie w muzycznym. Wreszcie nadszedł upragniony pokój 5 i przebywała w nim… Adela z papugarni Ara! Co ty tu robisz kochana? Nie jest ci aby smutno bez innych ptaszków? – zapytałam czule znajomej patagonki a ona coś tam skrzeknęła na powitanie. Do innych pokoi nie chciałam nawet wchodzić z czego nasza przewodniczka nie była zadowolona, ale w końcu ustąpiła. Na koniec naszej pierwszej wizyty w Strefie Chilloutu zapytała jakie 3 pokoje wybieramy na stałe odwiedziny. Były nimi oczywiście pokój aromatów, pokój muzyczny oraz pokój z ptakiem. Umówiłyśmy się na kolejną wizytę na następny tydzień i wróciłyśmy do domu. Opisałam Strefę Chilloutu w moim pamiętniku a mama nie posiadała się z radości że po raz pierwszy od nie wiem jak dawna zdecydowałam się włączyć komputer.
Tego dnia zadzwoniłam również do papugarni mimo iż wiedziałam, że jest zamknięta by zapytać o Adelę. Odebrała starsza opiekunka ptaków i wyjaśniła, że Strefa Chilloutu zaproponowała im taką cenę, iż szef się ugiął, ponieważ cena owa wynagrodzić mu miała wszystkie pandemiczne straty. Nie drążyłam więc dalej tematu, ale mimo wszystko zrobiło mi się smutno, no bo jak po pandemii będzie wyglądać papugarnia bez Adeli? Na kolejnej wizycie odwiedziłam wszystkie 3 wybrane przeze mnie pokoje, ale już na kolejnej tylko pokój muzyczny i ptasi a na jeszcze kolejnej jedynie ptasi. Chciałyśmy pokazać Paulinie Adelę, bo opiekunka Strefy Chilloutu zgodziła się, abyśmy za niewielką opłatą na chwilę ją wpuściły, ale ona wolała zajrzeć do pokoju aromatów oraz spa. Na następnej wizycie nasza opiekunka zbuntowała się mówiąc`:
– Nie mogą panie odwiedzać tylko jednego pokoju. To nie jest zgodne z naszym regulaminem!
– Ależ dlaczego! – oponowałam. Przecież i tak płacimy za wizyty we wszystkich pokojach. Nawet powinnam płacić mniej skoro odwiedzam tylko 1 pokój.
– Ależ nie, najwięcej, bo odwiedza pani najlepszy!
– Możemy się więc umówić, że będę zabierać ptaka do pokoju muzycznego i wtedy będzie wilk syty i owca cała.
– No przecież papuga tam nabrudzi. Mamy tam mnóstwo oryginalnych płyt, nie może się tam ptaszysko żadne panoszyć!
– Przecież dobrze pani zna tego ptaka! On nie niszczy niczego kiedy wraz z nim jest człowiek i się nim zajmuje, bo jego tylko obchodzi towarzystwo, nic więcej.
– Nie możemy jednak uprawiać takiej samowolki. Co na to powie nasz szef?! Proszę się zastanowić do następnej wizyty nad tymi pokojami, może jakiś wymienić na inny? Mam szczerą nadzieję, że w przyszłym tygodniu dogadamy się już.
Opuściłyśmy Strefę Chilloutu, tym razem nie zrelaksowane. W następnym tygodniu, aby nie złościć opiekunki zajrzałam do pokoju muzycznego i pokoju spa, gdzie zrobiono mi wspaniały masaż stup, ale gdy weszłam do pokoju z ptakiem powitała mnie inna papuga, jakaś amazonka. Wyszłam stamtąd zniesmaczona, ale przede wszystkim zmartwiona, gdyż zachodziłam w głowę co zrobiono z Adelą? Czy odesłano ją do papugarni? A jeśli tak to czy kazali oddać pieniądze? W takim wypadku moja ulubiona ptaszarnia znów będzie na minusie!
Przestałam chodzić do Strefy Chilloutu, wypisałam się z niej bez mrugnięcia okiem, ale bałam się zadzwonić do papugarni w sprawie Adeli. Po jakimś czasie z pewnych źródeł dowiedziałam się, że Adela trafiła do oddziału Strefy Chilloutu w Warszawie a amazonka poszła do Krakowa natomiast w Kielcach, ponieważ zwierzaki cieszyły się ogromną popularnością, zlikwidowano mniej uczęszczane pokoje a na ich miejscu powstało kilka pokoi ze zwierzakami: 1 z eleganckim psem pekińczykiem, drugi z kotami a trzeci ze świnkami morskimi, ale w tym ostatnim rotacja była duża, bo a to świnki, a to jakieś inne gryzonie a to śpiewające kanarki, których nie wolno było głaskać a jedynie ich słuchać.
Było mi więc podwójnie przykro, bo po pierwsze: nie zobaczę już Adeli ani w Strefie Chilloutu ani nawet w papugarni Ara i to jeszcze z własnej winy, a po drugie – znów nie mam dogodnego miejsca, gdzie mogłabym się zrelaksować w tych trudnych czasach.

Categories
Sny

Chwile szczęścia czy chwile grozy, chwile odprężenia czy stresu?

Przekazuję w Wasze ręce 3 niezbyt przyjemne sny z minionej nocy.

Za politykę

Prezydent kraju podał się do dymisji, bo nieźle nabroił, a przeciwnicy jego jęli z furią przywracać nowy ład w naszym państwie. W pewne słoneczne popołudnie podczas przyjemnego spacerku po okolicy natknęłam się na taki obrazek. Kobieta mniej więcej w moim wieku wrzeszczy zamknięta w jakiejś starej szafie i tłucze pięściami o jej zabarykadowane drzwi. Mężczyzna pilnujący owej szafy groźnie przemawia do kobiety:
? Wiesz za co?! Wiesz za co?! Jeszcze się doigrasz, jeszcze pożałujesz!
? Ja nie mogę tu zostać, mam rodzinę, przyjaciół! Ja nie mogę teraz umrzeć! ? wrzeszczy kobieta schrypniętym głosem.
I po co ci to było kobieto? ? myślę w duchu. Trzeba było siedzieć cicho a nie pakować się w politykę. ? Na miękkich nogach oddaliłam się od szafy i zamiast na dalszą przechadzkę udałam się do mieszkania.

Za wypoczynek

Nawet nie pamiętam jak znalazłam się w tym kraju. Miałam miłego przewodnika płci męskiej mniej więcej w moim wieku, który oprowadzał mnie po mieście. Najpierw przechadzka a następnie jakaś dziwna przejażdżka, którą spieszę Wam opisać. Pojazd którym przyszło mi się przemieszczać to wąski wózeczek, w którym miałam położyć się na brzuchu. Nogi ześlizgiwały mi się z tych niby sanek i bałam się, że albo z nich spadnę, albo zahaczę o coś stopą i skręcę sobie kostkę. Aby wgramolić się na ten wózek musiałam wejść po stromych schodkach. Najgorsze było to, że mój wózek nie był jedynym pojazdem, bo „saneczki” były poprzywiązywane jedne za drugimi. Przejażdżka była dość spokojna ale i tak się bałam. Kazano nam oglądać jakieś widoki: piramidy i coś tam jeszcze a miła przewodniczka opowiadała o tych zabytkach, ale ja w ogóle jej nie słuchałam tylko czekałam aż przejażdżka się skończy. Na szczęście nic mi się nie stało i po kilkunastu minutach grozy stanęłam wreszcie na własnych nogach.
? Teraz pokażę ci dzielnice, do których nie zaglądają turyści. ? powiedział mój przewodnik. Tego też się przestraszyłam ale po cichu liczyłam, że mój opiekun wie co robi. Mężczyzna poprowadził mnie znów przez miasto. Weszliśmy w strefę ciszy. Czyżby ciszy przed burzą? Jednak nie. Dotarliśmy do miejsca, gdzie odbywało się jakieś przedstawienie. Przewodnik kazał zakryć sobie usta burką, którą wyciągnął ze swojej przepastnej torby i podeszliśmy bliżej widowiska. Przysłuchiwałam się pięknej fletowej muzyce, ale z tyłu głowy nadal towarzyszył mi strach. Gdzie ja mam swoją torebkę? Gdzie są moje bagaże? Gdzie portfel z dokumentami, pieniędzmi? Co ja tu w ogóle robię? Chcę do domu!

Za spokój szczęśliwego gniazda

Mieszkałam samiuteńka w niewielkim mieszkanku. Nie miałam rodziny ani znajomych tylko jedną, starą ciotkę, która od czasu do czasu do mnie zaglądała, albo przysyłała mi podarunki. Tym razem zadzwoniła do mnie z wieścią: Wychodzę zamąż!
? To świetnie. ? mówię do niej apatycznym głosem a ona na to:
? Kochana, możesz zamieszkać ze mną! Mój ukochany ma duży dom, po co masz więc mieszkać sama w tej ciasnej klitce? Zapraszamy cię do nas serdecznie!
? Dziękuję ci kochana ciociu, ale… muszę się nad tym zastanowić. Przede wszystkim chciałabym was najpierw odwiedzić.
? Zapraszamy więc, wpadaj jak najszybciej będziesz mogła!
? Dziękuję ciociu raz jeszcze, widzimy się więc niebawem, całuski, papa.
Wzięłam urlop w pracy, spakowałam się w niewielką walizkę i wyruszyłam w drogę. Ciotka powitała mnie z wielkim entuzjazmem. Jej małżonek był przemiłym, spokojnym, starszym panem i rzeczywiście miał wielki, bogato wyposażony dom. W jednym z pokoi stały klatki z ptakami, ale nie mogłam rozpoznać jaki to gatunek, nigdy takich nie słyszałam. Przez chwilę przysłuchiwałam się ich pogwizdywaniom a potem ruszyłam na zwiedzanie kolejnych pokoi. Dom był naprawdę przyjemny. Po głowie kłębiły mi się myśli: Co tu zrobić? Zostać z ciotką i jej mężem i siedzieć im na głowie? Z tego co wiem nie mogą oni mieć dzieci, więc ze mną byłoby im raźniej, ale czy powinnam tak się wpraszać? Jestem przecież dorosła i powinnam radzić sobie sama. Czy powinnam tu zostać, czy spędzić resztę życia samotnie w małym mieszkanku? Ciotka swym niskim głosem zaczęła wyśpiewywać jakąś piosenkę, która aktualnie leciała w radiu a może z płyty, a ja nadal tonęłam w swoich myślach.
Nagle z zamyślenia wyrwał mnie ptasi gwizd, więc poszłam w tamtą stronę i znów zajrzałam do ptasiego pokoju. A może jednak zostanę i zajmę się tą tajemniczą skrzydlatą trzódką?

Categories
Sny

Nie umyłaś głowy, więc wstęp wzbroniony!

Głupota, jaką potrafi wyprodukować mózg w czasie snu naprawdę nie ma granic. A zresztą, sami zobaczcie!

Nie umyłaś głowy, więc wstęp wzbroniony!

To zdarzenie miało miejsce gdzieś w środku tygodnia. Tata miał wtedy na pierwszą zmianę, więc wcześnie wrócił z pracy i oznajmił taką oto wiadomość:
? Karolino, zdaje mi się, że w naszej Katedrze gościmy twojego ulubionego dziennikarza. Przyjechał dziś wraz z jakimś chórem.
? Ale pan Marcin nie śpiewa w żadnym chórze! ? oburzyłam się.
? Ja nie mówię, że on tam śpiewa, tylko, że się z nim zabrał. Nie wierzysz to idź do kościoła i sama się przekonaj kto z chórem do katedry naszej przyjechał!
? No dobrze, już dobrze. Wybiorę się tam zaraz po obiedzie, bo sama jestem ciekawa.
? Ależ kochana, nie umyłaś wczoraj głowy! ? odezwała się z kuchni mama.
? No to cóż z tego. Wiadomo, lepiej by było, abym głowę miała czystą, ale nie przepuszczę przecież takiej okazji! Skąd mogłam wczoraj wiedzieć, że takie rzeczy będą dziać się w Kielcach? Nie miałam zaplanowanych żadnych wyjść na dzień następny, a że głowy myć mi się nie chciało to jej zwyczajnie nie umyłam. ? rozwodziłam się przy stole. Przejechałam dłonią po włosach, rzeczywiście były tłuste i przylizane. Mimo to jednak postanowiłam udać się do katedry i nie zważając na utyskiwania mamy przebrałam się, włożyłam na siebie lekką, przejściową kurtkę, wygodne buty i ruszyłam do wyjścia po drodze zgarniając torebkę, klucze, telefon i laskę.
Całą trasę przeszłam niezwykle ostrożnie, bo jakoś nie byłam jej pewna jednak wreszcie dotarłam do celu i cichutko, niczym złodziej jakiś, uchyliłam drzwi świątyni. Odbywała się w niej właśnie próba owego chóru.
Stanęłam nie wiedząc gdzie pokierować swe kroki.
Może w zakrystii zapytać o dziennikarza? Nie będę przecież przeszkadzać chórzystom.
Kiedy byłam już ze 2 kroki od zakrystii, ktoś gwałtownie otworzył jej drzwi i wyskoczył na mnie z termometrem.
? Proszę założyć maseczkę! ? burknął mężczyzna i zmierzył mi temperaturę. Przeprosiłam cicho i pospiesznie wyjęłam maskę z torebki. Szukam pana Marcina Wojciechowskiego, dziennikarza radia Zet ? powiedziałam już nieco głośniej, bo mężczyzna w dalszym ciągu zagradzał mi wejście do zakrystii. Na moje słowa zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów poczym stwierdził:
? Wspomniany przez panią dziennikarz pożywia się właśnie na plebanii, ale nie mogę tam pani wpuścić, gdyż nie umyła pani głowy ? na te słowa aż się wzdrygnęłam. A cóż go to obchodzi?! Może i rzeczywiście nie wyglądam najlepiej w tych posklejanych włosach, ale to przecież moja sprawa jak o siebie dbam.
? Proszę pana ? zaczęłam spokojnie. Nie mogę teraz iść umyć głowy. Sam pan widzi, jakie czasy nastały. Covid szaleje! Co będzie, jeżeli umyję głowę i wracając do katedry przeziębię się i złapie tego wirusa? No, proszę mi odpowiedzieć. Któż za to odpowie? ? mężczyzna zasępił się, ale nadal nie wpuszczał mnie do środka. ? Niestety, nie mogę pani wpuścić z nieumytą głową do zakrystii, ani tym bardziej na plebanię. Może się jedynie pani pomodlić cichutko w ostatniej ławce i jak najszybciej wracać do domu. Zapraszamy ponownie, z umytą głową. ? Ale… ? próbowałam oponować, ale mężczyzna delikatnie acz stanowczo wypchnął mnie w stronę drzwi katedry. I co ja powiem rodzicom kiedy wrócę do domu? Że nie zobaczyłam się z panem Marcinem, bo miałam nieumytą głowę? Ależ mama będzie triumfować. Nie mogę do tego dopuścić. Po krótkim zastanowieniu wdrożyłam plan B.
Polegał on na zaczajeniu się na pana Marcina i powracających z plebanii księży. Przytuliłam się więc do zimnych murów świątyni i czekałam na rozwój sytuacji.
Wreszcie usłyszałam znajomy głos jednego z księży i… głos pana Marcina. Z uwagą zaczęłam przysłuchiwać się ich rozmowie. Pan Marcin chwalił umiejętności gruzińskiego chóru, z którym przybył do kościoła a miły ksiądz Grzegorz mu przytakiwał.
Zaczęłam zbliżać się do nich powoli, ale kiedy byłam już całkiem blisko zrezygnowałam w ostatniej chwili myśląc: Nie pokarzę się przecież panu Marcinowi z tłustą głową. Moim zadaniem było tylko sprawdzić, czy to on przyjechał wraz z chórem do naszej katedry i zadanie spełniłam, więc pora wracać do domu. Jak pomyślałam, tak zrobiłam.
Będąc w mieszkaniu oznajmiłam rodzicom, że dziennikarz rzeczywiście gościł w katedrze i na plebanii oraz przytoczyłam kilka podsłuchanych informacji dotyczących gruzińskiego chóru. Rodzice byli usatysfakcjonowani i o dziwo nie pytali czy rozmawiałam z panem Marcinem osobiście. Szybko wślizgnęłam się do swego pokoju, aby przypadkiem nie przyszło im to do głowy.
Zrezygnowana opadłam na kanapę aż zaskrzypiała. Nie chciało mi się nawet włączać radia, więc oparłam tłustą głowę ? przedmiot tak wielkiego zamieszania dnia dzisiejszego i przymknęłam oczy mając nieodparte wrażenie, że całe to absurdalne zdarzenie było jedynie wytworem mojej rozbujałej wyobraźni i już po chwili miałam się przekonać, że tak właśnie było. :))

Wyjaśnienia

Mam podejrzenia skąd wziął się ten absurdalny sen:
Podejrzenie 1 (główne): wczorajszego wieczora rzeczywiście nie umyłam głowy, bo mi się nie chciało.
Podejrzenie 2: Ostatnio częściej słucham audycji pana Marcina, bo mam nieco więcej czasu dla siebie a w tym tygodniu pojawiła się nowa audycja mojego ulubionego dziennikarza i bardzo mi się ona spodobała.
Podejrzenie 3: Wyczekuję nowego albumu Katie Meluy a z tego, co udało mi się dowiedzieć, podczas tworzenia tej płyty, piosenkarka współpracowała z gruzińską orkiestrą symfoniczną. Zresztą ona sama ma gruzińskie pochodzenie i w 2016 r. nagrała album we współpracy z gruzińskim chórem Gori. Dla zainteresowanych ? album nosi tytuł „In winter”.

Tak już na koniec

A tak już zupełnie na koniec tego zwariowanego wpisu podrzucam wam jeden z najnowszych utworów Katie. Dajcie znać w komentarzach czy wam się spodobał i czy również czekacie na nowy album artystki.https://youtu.be/xLWxnR4_JhU

Categories
Sny

Papuga za hiszpańską czapkę

Długo nie mogłam znaleźć pracy, ale wreszcie się udało. Zostałam opiekunką całkiem pokaźnego stadka papug należącego do pewnej zapracowanej kobiety w średnim wieku, która nie chciała pozbyć się swych pupili mając nadzieję, że w jej życiu zajdą pozytywne zmiany i zacznie mieć więcej czasu dla swych skrzydlatych przyjaciół. Spędzałam całe dnie w mieszkaniu mojej pracodawczyni.
Sprzątałam jej ptakom i bawiłam się z nimi, przy okazji dokonując całkiem ciekawych nagrań. Moją ulubioną papugą była młodziutka konura słoneczna, która bardzo się do mnie przywiązała i często popiskiwała mi do ucha.
Któregoś dnia zauważyłam, że moja chlebodawczyni pozostawiła otwarte pomieszczenie, w którym nie mieszkały ptaki a ponieważ papugi odbywały akurat drzemkę zajrzałam do tajemniczego pokoju.
Stało tam w nieładzie mnóstwo wózków dziecięcych a po podłodze walały się wymyślne czapki i kapelusze, falbaniaste suknie i spódnice oraz kilka sfatygowanych chust i wachlarzy. Przedmioty te musiały być kiedyś naprawdę piękne ? pomyślałam ze smutkiem i opuściłam pomieszczenie przymykając drzwi.
Jeszcze tego samego dnia moja chlebodawczyni oświadczyła mi, że jednak pozbywa się swojego stadka i mam prawo za niewielką sumkę odkupić od niej 3 ptaki. Na te słowa przeszedł mnie dreszcz zgrozy.
Bardzo chciałam mieć konurę na własność, ale obawiałam się, że na decyzję kobiety wpłynęło moje podglądanie jej pokoju bez ptaków. Późnym wieczorem, wróciwszy do domu zadzwoniłam do Radosława.
? Nie chciałbyś może przygarnąć papużki albo dwóch?
? A czemu by nie ? powiedział on i umówiliśmy się, że kolega następnego dnia zjawi się u mnie a ja zaprowadzę go do mojej chlebodawczyni, aby ten mógł wybrać sobie ptaka.
Następnego dnia rano zadzwoniłam do właścicielki papug, aby zarezerwowała dla mnie konurę i zapowiedziałam przyjazd mojego kolegi. Ona zgodziła się bez wachania, ale powiedziała, aby mój kolega poczekał do wieczora z odebraniem ptaka aż do jej powrotu z pracy. Radosław zjawił się punktualnie i udałam się z nim do mieszkania mojej chlebodawczyni. Tam kolega wybrał ptaka a potem zaczął się nudzić, ale musiał poczekać na powrót właścicielki.
Kiedy bawiłam się z konurą Radek niepostrzeżenie wysunął się z pokoju i wszedł do pomieszczenia pełnego pięknych przedmiotów.
Dopiero kiedy usłyszałam rumor zerwałam się z kanapy i pobiegłam zobaczyć co się dzieje. Radosław właśnie demolował pomieszczenie: łamał wózki, rozrywał i gniótł tkaniny. W rozpaczy podniosłam jedną z czapek. Była bardzo malutka, jakby dla niemowlaka.
Nagle usłyszałam męski głos przemawiający groźnie po hiszpańsku:
? Dlaczego niszczycie nasze mienie? Co wam uczyniliśmy?
? Ja niczego panu nie niszczę i nic do pana nie mam!
? To co wy tu robicie? ? krzyknął mężczyzna.
? Ja bawiłam się z papugami. To mój kolega tu wtargnął i…. Zaczął niszczyć pańskie mienie.
? Dlaczego?! ? krzyknął mężczyzna i ukrył twarz w dłoniach jakby miał się zaraz rozpłakać. Podeszłam do niego, aby go pocieszyć a wtedy on wyrwał mi z ręki czapeczkę. To jest czapka mojego wnusia, Ramona.
? Naprawdę, bardzo mi przykro ? bąknęłam i usiadłam zrezygnowana na podłodze. Nie wiem, jak panu pomóc.
Wreszcie mężczyzna się uspokoił. Zabrałam go do pokoju z ptakami i pokazałam mu moją papugę a wtedy on powiedział:
? Oddaj mi swojego ptaka a wybaczę wam wasze niecne uczynki.
? Nie nasze, ale mojego kolegi Radka. To jemu powinien pan odebrać papugę ? poprawiłam go, ale on nic na to nie odrzekł, lecz zniknął, jakby zapadł się pod ziemię.
Wieczorem przyszła moja chlebodawczyni i odsprzedała nam ptaki za śmiesznie małą sumę. Nic jej nie powiedzieliśmy o hiszpańskim pokoju zniszczeń.
Następnego dnia ostatni raz udałam się do kobiety, by ostatecznie uregulować rachunki. W ptasim pokoju została jakaś marna ptaszyna i kupa piór a w drugim pokoju…? Sodoma i Gomora! Jeszcze większe zniszczenia niż były, aż żal było na to patrzeć.
Wróciłam do swojego mieszkania i przytuliłam ptaka. Ktoś zapukał do mych drzwi, ale ja mu nie otworzyłam. Może to biedny Hiszpan przyszedł upomnieć się o swoje?

Categories
Sny

Tundra

Wszyscy moi bliscy orzekli, że potrzebuję zmian, nowych bodźców i takich tam innych i zapisali mnie na jazdę konną do podkieleckiej stadniny. Z początku nie byłam zadowolona z tego obrotu sprawy, ale w końcu się ugięłam, bo miałam sporo czasu wolnego a pogoda była piękna, więc mogłam spędzać czas na świeżym powietrzu.
Pierwszego dnia w stadninie wybrano mi konia. Miał 10 lat i nosił imię Fiodor. Nie zapałałam do niego sympatią ani też niechęcią a on też był mi obojętny. Jeździłam więc na nim raz w tygodniu stopniowo przyzwyczajając się do nowego zajęcia jakim była jazda konna.
Któregoś dnia musiałam zaczekać na swego wierzchowca, bo jeszcze nie wrócił z poprzednim jeźdźcem.
Usiadłam więc zrezygnowana na ławce niecierpliwie przebierając palcami. Wtedy starszy mężczyzna prowadzący stadninę zapytał:
? Mogę pani coś pokazać?
? Jasne! ? odparłam z zaciekawieniem. Mężczyzna poprowadził mnie do niewielkiego pomieszczenia gospodarczego i posadził na starej wersalce a następnie wskazał coś ręką.
Zaczęłam więc macać przestrzeń wokół siebie i natrafiłam na… puszystego kota, który na pieszczotę mej dłoni zaczął głośno mruczeć. Mężczyzna powiedział, że to kotka syberyjska uratowana ze złych warunków. Starszy pan pokazał mi jeszcze kilka innych kociaków, ale one nie umywały się do syberyjki.
Kiedy odzyskałam już swego konia nie mogłam się skupić na jeździe, bo po głowie chodziła mi śliczna syberyjka.
Postanowiłam dnia następnego zapytać o nią staruszka i spróbować wziąć ją bądź odkupić za niewielką sumę dla Witolda. Przyjaciel będzie zadowolony z tak pięknej, miłej w obyciu, rasowej kotki. I rzeczywiście, nie pomyliłam się.
Kiedy nazajutrz znów pojechałam do stadniny, gdyż bałam się że za tydzień kotka nie będzie już dostępna i zabrałam Syberyjkę do Witolda kolega był zachwycony. Nazwaliśmy kotkę Tundra i puchata istota o zielonych oczach i melodyjnym głosie zamieszkała na stałe u Witolda.
Reszta kotów nadal czekała na swój nowy dom a staruszek opiekował się nimi dobrze. Po każdej jeździe konnej odwiedzałam kociaki. Czasami przynosiłam im też karmę albo resztki jedzenia. Ponury Fiodor chyba wreszcie mnie polubił a Tundra zaklimatyzowała się w nowym domu.
Nadszedł czas zakończenia mojego karnetu i z żalem pożegnałam stadninę pełną miłych zwierząt.