Categories
Sny

Nie uchronię jej od spalenia

Dziś przedstawię temat, który stosunkowo rzadko pojawia się w moich snach, a jest nim hazard.

NIe uchronię jej od spalenia

Wydarzenia minionego dnia były okropne. Najpierw kłóciłam się z jakimś mężczyzną, który razem ze mną brał udział w loterii muzycznej i najczęściej było tak, że on wylosowywał płyty, które ja chciałam mieć a ja dostawałam płyty, które on by chciał. I wszystko byłoby dobrze, bo on nawet chętnie się zamieniał, tyle że potem on coraz częściej wysyłał mnie do stołu z losami i mówił.
– Wylosuj mi coś jeszcze, ty masz takie szczęście. A kiedy ja nie chciałam iść on maltretował moje płyty. Co za wkurzający gościu – pomyślałam z rozgoryczeniem. Co prawda on potem też szedł mi coś wylosować, ale już mnie zaczęła nudzić ta zabawa z szantażem zwłaszcza, że on zwykle wylosowywał płyty Queen, których jeszcze nie miałam, ale gdy wylosował płytę, której nie mam, ale której i tak nie chciałabym mieć, gdyż jest brzydka stanowczo powiedziałam dość i zażądałam moich płyt.
Wtedy on oddał mi tylko jedną, tę najbardziej zmaltretowaną, ale bardzo fajną w treści i zaczął zbierać się do wyjścia.
– Przecież ty ich nie lubisz – powiedziałam, ale on nic na to nie odpowiedział tylko odszedł zabierając ze sobą resztę płyt. Zapytałam się kogoś, gdzie ten człowiek mieszka, ale odpowiedziano mi, że na pewno go nie znajdę, bo on się lubi ukrywać, lecz mogę porozmawiać z jego matką, która mieszka tu nie daleko.
Poszłam więc do tej kobiety i okazało się, że ona jest czarownicą. Kobieta w ogóle nie chciała słuchać moich problemów i żali, ponieważ martwiła się o swoją przyjaciółkę Paulinę, która dziś miała zostać żywcem spalona na stosie. Na koniec rozmowy kobieta powiedziała mi, że jak uratuję Paulinę, to ona załatwi mi te płyty od jej syna, ale nie gwarantuje mi, że będą w dobrym stanie. Poszłam więc czym prędzej na miejsce, gdzie miała się odbyć egzekucja. Paulina już siedziała blisko ognia.
Była młodą dziewczyną o bardzo paulinowym głosie i wcale nie wyglądała na czarownicę.
Najpierw podano dziewczynie mikrofon i kazano coś o sobie opowiedzieć. Nie słuchałam jej jednak zbyt uważnie, ponieważ moje myśli zaprzątnięte były tym jakby tu ją uratować.
Teraz wsadzili ją właśnie do środka okręgu. Ten okrąg stanowił oczywiście ogień, tylko, że nie docierał do niej jeszcze, gdyż ogień ledwo się tlił.
Kiedy dziewczyna usadowiła się wygodnie na miękkim podwyższeniu podano jej mikrofon i kazano śpiewać a w tym czasie ogień został podsycony. Paulina śpiewała bardzo ładnie a ktoś nawet przygrywał jej na gitarze. Po chwili zamiast słów dziewczyna zaczęła śpiewać jękliwie ała, bo ogień docierał jej już do stóp a potem dziewczyna zaczęła krzyczeć, gdyż ogień już ją dosięgną i właśnie zaczynał palić jej stopy.
Uciekłam stamtąd przerażona, bo nie mogłam już tego dłużej słuchać. I tak wiedziałam, że jej nie uratuję.
Zastanawiałam się, co na to wszystko powie ta starsza kobieta z którą rozmawiałam wcześniej. A może ją też spalą? No bo dlaczego jedną czarownicę się pali a drugą nie?
Ciekawe, gdzie jest ten jej okropny syn i czy on też lubił Paulinę a może ją nawet kochał, bo ona była taka piękna i miała piękny głos. Z tymi wszystkimi pytaniami w mym sercu wybiegłam z sali w której odbywała się egzekucja i wróciłam do pomieszczenia z loterią.
Usiadłam tam, gdzie poprzednio siedziałam z tym nieuczciwym człowiekiem od płyt trzymając jedyną odzyskaną w rękach, bo od czasu jej dostania od gościa w ogóle się z nią nie rozstawałam i zaczęłam się zastanawiać co tu dalej robić. Po chwili ludzie zaczęli się rozchodzić.
Widocznie było już po wszystkim.
Czyli ta starsza kobieta nie została spalona.
Widocznie miała jakieś wtyki, albo zwyczajnie była ostrożniejsza.
Swoją drogą, ciekawe gdzie ona teraz jest?
Pewnie płacze gdzieś w kąciku albo cicho wykradła się do swojego apartamentu i tam wylewa swoje żale.
Kusiło mnie, by tam do niej pójść i powiedzieć jej, że na prawdę nie miałam pomysłu jak uratować Paulinę zwłaszcza, że ja sama boję się ognia jak nie wiem co a nie jestem przecież czarownicą, żeby móc rzucić jakieś czary na tych podpalaczy. Już miałam się tam udać, gdy usłyszałam głos kobiety, który mówił oschle: Nie wywiązałaś się z zadania! – Nie umiałam tego zrobić – odpowiedziałam kobiecie.
– Życie jest trudne i ciężkie – rzekła na to kobieta. A teraz odchodzę i nigdy mnie już nie zobaczysz. Już prędzej możesz spotkać mego syna jeśli zechcesz uprawiać hazard a jeśli nie to również będzie ci on niedostępny. – To źle – pomyślałam, bo nie mam już żadnych szans na odzyskanie moich płyt.

Categories
Sny

Normalnie jak w sejmie

Tytuł tej historyjki wziął się z pewnego incydentu kiedy posłowie chowali się pod ławkami.

Normalnie jak w sejmie

Ostatni tydzień roku szkolnego bywa zazwyczaj bardzo luźny. Tak było i tym razem.
Tonęliśmy w totalnym nicnierobieniu marząc o nadchodzących wakacjach, bądź też martwiąc się o brak bliskich ci osób przebywających z tobą w szkole.
Krążyły jakieś pogłoski, że coś się komuś stało, że jakaś nieprzyjemna sytuacja. Już po jednym dniu narosły takie plotki co też się mogło stać, że aż szkoda było tego słuchać.
Faktem jest, że w ciągu tego tygodnia młodzież zaczęła pośpiesznie opuszczać szkolne mury, nie czekając na innaugurujące zakończenie.
Chodziły też pogłoski, że niektórzy wcale nie wyjechali a jedynie ukrywają się gdzieś, by w ten sposób protestować przeciwko temu czemuś, co wydarzyło się niedawno w szkole.
– Skoro ktoś zdecydował się na protest, to rzeczywiście wie co się stało – rozwodziła się Wiktoria między spakowaną do walizy bluzką a workiem z bielizną.
– Pewnie tak – mruczę do niej, myślami będąc już na wakacjach.
– No, pomyśl, kto mógłby to wiedzieć – emocjonowała się koleżanka.
– Aż tak chcesz znać prawdę?
Przecież często powtarzałaś, że nasza szkoła B. Co cię więc ona obchodzi, skoro już ją opuszczasz?
– No, po prostu chcę wiedzieć.
Wychodzę stąd, tym lepiej.
Mogę napisać jakiś smaczny artykulik…
– A, rób jak chcesz. Ja się w to nie mieszam. Na ostatniej nocce roku szkolnego był tylko jeden dyżurujący nauczyciel.
– Aż tak mało ludzi zostało? – pytała Wiktoria panią wychowawczynię.
– Tak mało.
Dobrze, że mnie jutro nie ma na dyżurze, bo aż się boję, co tu się będzie działo.
Przecież dyrektorka się wścieknie, jak zobaczy taką frekwencję.
– A wszyscy się wypisywali? – próbowała podpytywać Wiktoria.
– Nie wiem, chyba tak.
Wszyscy wiali, jakby się paliło! – Po wyjściu wychowawczyni Wika długo jeszcze roztrząsała temat dziwnego wyludnienia internatu i szkoły.
Zrobiło mi się nieprzyjemnie na myśl, że jutro będę musiała uczestniczyć w tym jakże odmiennym zakończeniu roku szkolnego. Było już przed jedenastą. Na sali zaledwie kilka osób, maleńka garsteczka.
Nauczyciele trzęsą się ze strachu, boją się wejścia dyrektorki.
Kiedy ta się zjawia, zapada absolutna cisza a potem słychać tylko jej wrzask. – Co to ma w ogóle być!
Gdzie uczniowie?! Gdzie ich rodzice?! Szukać ich! Na pewno gdzieś tu są! Nie mogli wszyscy wyjechać! – Pani dyrektor wpada na scenę i zgarnia z niej małego chłopczyka, który miał występować na końcoworocznej akademii.
– Szukaj ich wszędzie. W każdej mysiej dziurze – mówiła już spokojniej. Malec na czworakach zaglądał pod krzesła i ławki a gdy tam nic nie znalazł wyszedł z sali z wyznaczoną w międzyczasie nauczycielką matematyki.

Znaleziono kilka osób. Nie wiem co to byli za uczniowie.
Nikt nas nie poinformował.
Naturalnie uroczyste zakończenie roku się nie odbyło.
Kazano szybko opuszczać szkołę. Gdy już byłam prawie gotowa do wyjścia, wpadła jakaś wychowawczyni z wieścią, że w murach budynku znaleziono całkiem obcego, niezwiązanego ze szkołą człowieka. Poczułam strach.
Zapragnęłam oddalić się stąd szybko i nie mieć nic wspólnego z całą sprawą. Kiedy szłam z bagażami przez korytarz słyszałam jeszcze grzmiący głos dyrektorki:
– Ci, którzy wyjechali z internatu wcześniej niż w dniu zakończenia roku nie mają tu prawa wstępu!
– Ale jak? – myślałam – przecież w tej sytuacji szkoła nie będzie miała racji bytu, bo któż jej zostanie.
Jestem już przy portierni, kiedy dzwoni do mnie telefon.
– Karola, gdzie ty jesteś? – słyszę głos Wiki w słuchawce.
– Wychodzę ze szkoły. A co? – pytam ze zniecierpliwieniem.
– Choć prędko do sali muzycznej. Siedzimy tam z panią Klementyną. Choć, choć tutaj!
– Ale dokładnie kto tam siedzi? – próbuję zapytać, ale to już nie ma sensu, bo koleżanka po drugiej stronie linii dawno się rozłączyła.
Teraz stoję pod tą portiernią jak głupia i zastanawiam się co robić.
Iść do nich? Co się takiego stało, że tam siedzą? Może się ukrywają?
Jedna część Karoliny chce zwiać jak najszybciej, ale druga chce pomóc przyjaciołom i uczestniczyć w ich wspólnym problemie. Decyduję się na opcję nr 2.
Będąc na ostatnich stopniach prowadzących do sali muzycznej słyszę wrzeszczącą dyrektorkę oraz jej świtę a z sali do której zmierzam dźwięki jak gdyby z jakiejś gry i głos pani Klementyny.
– Przegrałeś Marcin. Z ciebie już nic nie zostanie.
Nawet na to nie licz. Kto następny?
(…)

Categories
Sny

Nie muzyka jest najważniejsza

Obawa przed zdążeniem czegoś na czas również pojawia się w moich snach.

Nie zdążę!

Był leniwy, lipcowy poranek i zanosiło się na ogromny, letni upał. Ja i Dorotka przebywałyśmy na balkonie na leżakach. Kuzynka pokazywała mi jakąś brzydką bransoletkę i namawiała mnie usilnie, bym ją założyła mówiąc przy tym, że wtedy na pewno się coś wydarzy.
Chcąc, by dziewczynka wreszcie dała mi spokój włożyłam na chwilę brzydką, nieco za dużą bransoletkę i wtedy na dwoże zrobiło się chłodniej i powiał lekki wiatr a słońce schowało się za chmurami.
Wróciłyśmy do pokoju a ja puściłam jakąś smętną muzykę.
Kiedy tak siedziałam na sofie i zastanawiałam się co się teraz stanie zadzwoniła moja komórka.
Dzwoniła Alicja pytając, czy może do mnie wpaść na kilka dni.
Zaraz poszłam do kuchni i zapytałam o to mamę, a ona na to, że to nawet dobrze, że przyjedzie teraz, bo tata ma dziś urodziny i będzie o jednego gościa więcej.
Urodziny? Przecież dziś nie jest 22. lipca – zaczęłam się zastanawiać.
– Może imieniny? – zapytałam mamę.
– Ach tak, imieniny – odpowiedziała mama roztargnionym głosem. Po dziwnej wymianie zdań z mamą szybko zakończyłam rozmowę z Alicją, bo zostało przecież tak mało czasu a ja muszę zrobić playlistę.
Zaledwie włączyłam komputer do domu wrócił tata, więc zapytałam go jaka jest jego ulubiona piosenka, taka, że bez niej impreza niemal nie może się odbyć.
– Sfs – powiedział spokojnie tata i poszedł do łazienki. – Nie znam tego cholera.
Może to jest nowa piosenka Elaizy, bo tata ją lubi.
Weszłam więc w jej folder, ale nie znalazłszy podanego utworu wybrałam najbardziej znane "is it right" i przeszłam do dalszej części playlisty. Dorota włączyła radio.
Było nastawione na program pierwszy. Jakaś pani spokojnym głosem mówiła o letnim bujaku i zapowiadała nową piosenkę jakiegoś mało znanego artysty, która promowała jego nowy album pt. „leniwe bujanie”. Trochę mnie ta audycja rozpraszała, ale już nic się nie odezwałam.
Drugą piosenką na mojej play liście miała być piosenka dla mamy "pójdę boso", potem dla mnie "Right life", następnie dla babci "Rivers of the Babylon".
Kiedy zastanawiałam się co wybrać dla Alicji ona właśnie zawitała w nasze progi i wtedy komputer mi się zawiesił i w ogóle przestałam mieć pomysły na dalszą część playlisty.
– Może ja ci pomogę? – zapytała przyjaciółka.
– To są imieniny twojego taty czy mojego? – odburknęłam niegrzecznie. Po chwili mama zawołała nas na obiad i zarządziła:
– Jedziemy do Strawczynka.
Wrócimy najpóźniej koło ósmej i wtedy zrobimy imprezę.
Teraz, to już na prawdę nie zdążę zrobić tej play listy – pomyślałam jedząc pyszny, świąteczny obiad. W drodze do Strawczynka w naszym samochodzie było bardzo ciasno i bałam się, że nas policja złapie, ale na szczęście tak się nie stało. Przywitawszy się z rodziną w Strawczynie pokazałam Adzie werę – puchatą suczkę cioci i wujai miałam właśnie zapytać, czy mają jeszcze tę szynszylę, co widziałam jakiś czas temu, ale w centrum zainteresowania był teraz ich najnowszy przychówek, czyli 2 małe kotki. Nie dostałam ich na ręce, bo za dużo było chętnych do ich oglądania.
Ważne, żeby Ada zobaczyła, bo ona jest tu głównym gościem – pomyślałam smętnie, ale już nie pytałam o szynszylę, bo trwała ożywiona rozmowa.
Wreszcie wróciliśmy do domu. Po drodze żaliłam się, że nie zdążę zrobić playlisty.
– Zdążysz, zdążysz – tata jeszcze się trochę podszykuje a ja nakryję do stołu – pocieszała mama.
Przecież tata jest już gotowy, bo musiał się przygotować na wyjazd do Strawczynka, ale nie będę się już kłócić. W domu dopadłam do komputera, ale on znowu się zawiesił. W końcu wgrałam na pendrive'a to co było w folderze. Co będzie to będzie. W końcu to nie muzyka jest najważniejsza na imieninach.

Categories
Sny

Muzyka, wojna i urzędy

Dziś znów przedstawiam przemyślenia związane z muzyką.

Muzyka, wojna i urzędy

Zawsze, gdy słuchałyśmy Zet na punkcie muzyki, chodziłyśmy do tego pokoju. Było to bardzo przytulne pomieszczenie.
Ogromnie je lubiłam i zawsze marzyłam, żeby kiedyś w nim zamieszkać. Alicja też była szczęśliwa, że je mamy, bo wreszcie nikt nam nie przeszkadzał.
Któregoś dnia, gdy weszłam do środka zastałam tam mojego dziadka. On jednak uspokoił nas, że nie będzie nam przeszkadzał.
Ostatnio odkrył, że muzyka, zwłaszcza spokojna działa na niego kojąco i poprawia sen, dlatego zdecydował się tu zamieszkać, a wieczorami słuchać audycji i zasypiać przy niej. Już wkrótce okazało się, że rzeczywiście mój dziadek nie tylko nam nie przeszkadzał, ale jego wyciszenie i dobry nastrój jeszcze potęgowały naszą radość.
Dość długo trwał czas błogich wieczorów, aż któregoś dnia zastałam w naszym azylu bardzo podenerwowanego dziadka.
– Czy ty wiesz w ogóle co to jest antykoncepcja? – zapytał podniesionym głosem.
– Wiem dziadku, ale po co o tym mówić? Wieczór jest taki piękny.
– Nie można żyć w niewiedzy i błogiej nieświadomości! Życie to nie bajka, pamiętaj o tym. – w tym momencie do pokoju weszła Alicja, a raczej stanęła w jego drzwiach, zdziwiona nagłą zmianą nastroju mego dziadka.
Audycja już dawno się zaczęła, a dziadek wciąż mówił i mówił.
Bardzo nas to złościło. Już nie chciałyśmy dziadka w naszym pokoju, skoro sieje zamęt.
Chciałam posłuchać dobrej muzyki w spokoju i podzielić się wrażeniami z przyjaciółką, a nie martwić się problemami nieroztropnych ludzi, czy czymś w tym rodzaju. Zrezygnowana przymknęłam oczy i pomyślałam o moim domu i płytach i nagle się tam znalazłam. Był środek nocy, ale mnie nie chciało się spać. Podeszłam do półki z płytami i nagle zauważyłam, że składanki od mamy Alicji nadal tam są. To nie możliwe.
Przecież oddawałam je niedawno. W takim razie musiałam dać Ali inne płyty. Ale jak to się mogło stać? Nie zważając na późną porę zadzwoniłam do przyjaciółki. Ona też przebywała w domu i też z jakiegoś powodu nie spała.
– Alicjo, ja ci dałam chyba złe płyty, prawda? – zaczęłam bez wstępów.
– Tak. Dałaś mi Genesis i Kylie Minogue.
– Ale jak to możliwe! Przecież pamiętam dokładnie, jak brałam z półki składanki.
– Różnie bywa w życiu – odpowiedziała zagadkowo przyjaciółka.
– A co z nimi zrobiłaś? – spytałam. – Genesis na razie zaniosłam na dół, a Kylie trzymam u siebie, bo rodzice i tak by jej nie słuchali. Ale nie martw się. Mam dla ciebie dobrą wiadomość! Jutro przyjadę do ciebie z mamą, bo jedziemy na warsztaty i wtedy będziesz mogła naprawić płytowe błędy. – To dobrze – powiedziałam z ulgą i odłożyłam słuchawkę, nawet nie zapytawszy, na którą mam być gotowa.
Skoro już miałam te nieszczęsne składanki, puściłam Whitney Houston i zapadłam w sen. Obudziłam się o świcie. Babcia już czekała na mnie ze śniadaniem. Zjadłam je pośpiesznie, bo czułam, że one mogą lada chwila się zjawić.
Ledwo wzięłam płyty do ręki, już usłyszałam pukanie do drzwi.
Oprócz Alicji i jej mamy była jeszcze Lilka. To ona wręczyła mi moje płyty. Ja oddałam składanki do rąk własnych i opuściłyśmy dom. – Co to za warsztaty? – zapytałam w drodze. – O wojnie i biurokracji – odpowiedziała rzeczowo mama Ali.
– Twój dziadek nam je załatwił, ale jest już zbyt słaby, by się tam z nami udać, więc poprosił o to moją mamę i nawet jej zapłacił za dzisiejszy dzień – dodała Alicja. – To świetnie. A powiedział chociaż do czego to nam potrzebne? – Nie, ale pewnie nam wyjaśni jak wrócimy do szkoły. Na miejscu przywitał nas ładny piesek wielkości mojego Froda.
Wyjaśniono nam, że to skundlony dalmatyńczyk, dlatego jest trochę mniejszy od przedstawicieli swojej rasy.
Najpierw zaprowadzono nas do biura, gdzie wypytano nas o wszystkie możliwe rzeczy, łącznie z tym jakiej muzyki słuchamy i ile mamy płyt.
Potem poprosiłam pracownicę biura, by na chwilę ustąpiła mi miejsca, a mamę Alicji poprosiłam, by zrobiła mi zdjęcie.
Obie kobiety przystały na moją propozycję.
Usiadłam więc przy biurku i długo pozowałam do zdjęcia. W końcu zdjęcie się udało, ale miałyśmy duże opóźnienie i mama Ali była trochę zła.
– Przez nasze opóźnienie, nie mogę zaprowadzić was do innych urzędów. Musimy przejść od razu do wojny.
Trochę tego żałowałam, bo biuro bardzo przypadło mi do gustu.
Nastroju dodawała jeszcze przyjemna muzyka płynąca z głośników.
Zaprowadzono nas do dużego pomieszczenia obwieszonego ze wszystkich stron kotylionami. Po całym pokoju uwijały się kobiety w różnym wieku i zawieszały dalej. Z początku wydawało mi się to dziwne i bezsensowne, ale wkrótce zauważyłam pewną zależność. Dwa rodzaje kotylionów były rozwieszane w tej sali. W dodatku jeśli kobieta zauważyła kotylion drugiej grupy zrywała go, niszcząc przy tym i zawieszała na tym miejscu swój.
Nagle w końcu sali dał się słyszeć krzyk.
Mimo strachu podeszłam tam i zobaczyłam kobietę w średnim wieku, która trzymała za rękę nastolatkę i kazała jej niszczyć kotyliony swojej grupy a zawieszać grupy przeciwnej.
Jeśli dziewczyna nie usłuchała, była mocno ściskana za rękę, aż trzeszczały jej kości, albo łamano jej palce. Nastolatka mimo okropnego bólu starała się zrywając kotylion swojej grupy naruszyć lub zniszczyć kotylion przeciwnej, a zawieszając ich kotylion zniszczyć inny.
Jeśli kobieta to zauważała, dziewczyna naturalnie była za to karana.
Nagle zauważyłam, że moje towarzyszki już opuściły okropne pomieszczenie. Przestraszyłam się bardzo, że zaraz każą mi wieszać kotyliony którejś z grup i będą mnie torturować. Co prawda ja nie stawiałabym oporów, bo nie jestem po żadnej stronie, ale wątpię, że byłoby mi tu dobrze.
Chciałam właśnie opuścić kotylionową salę, gdy usłyszałam przeraźliwy krzyk z drugiego końca sali.
Wtedy nie wytrzymałam nerwowo i wrzasnęłam: Ja chcę do biura!
Nagle znalazłam się w naszym muzycznym pokoju. W radiu leciała Whitney Houston – ta sama, co na płycie mamy Alicji. Przyjaciółka siedziała z rękami podpartymi pod głową, a dziadek pochrapywał na swym łóżku. Po chwili przebudził się i zapytał: – Czy teraz jesteś choć trochę bardziej świadoma? – Tak dziadku. Jestem w pełni świadoma.

Categories
Sny

Czas pierogów i czas muzyki

Muzyka ma dla mnie niebagatelne znaczenie i to bardzo odbija się w moich snach. Oto jeden z nich:

Czas pierogów i czas muzyki

Siedziałam w pokoju na łóżku i uczyłam się jak zwykle o tej porze.
Nagle zapukała do nas wychowawczyni i przekazała jakże niemiłą wieść.
– Karolino, musisz się przenieść do innego pokoju.
– Dlaczego? – zapytałam z buntem w głosie.
– Bo będziesz opiekować się gośćmi – odpowiedziała niezrażona mym tonem pani Bogusia.
– A dlaczego akurat ja? – nie ustępowałam.
– Bo ty się do tego najlepiej nadajesz – powiedziała wychowawczyni i opuściła nasz pokój.
Gośćmi były dwie kobiety: matka i jej nastoletnia córka.
Były one tak biedne, że od jakiegoś czasu żywiły się tylko pierogami.
– No cóż. Nastał dla nas czas pierogów – powiedziała wesoło matka dziewczyny i rozłożyła ich skromny posiłek na stole.
– U nas w pobliżu jest świetna pierogarnia i chyba nie mają tam drogo, a pierogi są podobno wyśmienite.
– Już ją poznaliśmy – poinformowała mnie grzecznie kobieta i zabrała się za jedzenie.
Polubiłam bardzo moich gości i nawet lepiej mi było, niż w pokoju z mymi koleżankami. Kobiet często nie było, bo załatwiały rozliczne sprawy na mieście, zapewne zarabiały na życie.
Dzięki nim w pokoju panowała wspaniała, domowa atmosfera.

Wielki, trudny sprawdzian z chemii z całego działu zbliżał się wielkimi krokami, a ja mało się do niego przygotowywałam, bo kobiety coraz więcej czasu spędzały w pokoju.
Któregoś dnia zapytałam je czy lubią muzykę.
– O, bardzo, a Agniesia wygrywa nam płyty, bo nie mamy pieniędzy by kupować z własnej kieszeni.
– W jaki sposób? – zapytałam zaciekawiona.
Wtedy Agnieszka pokazała mi pewną stronę internetową na której administratorzy umieszczali mnóstwo bardzo trudnych konkursów muzycznych, ale dawali świetne nagrody: albumy, bilety na koncert, a nawet całe dyskografie.
– Widzisz, dla mnie nastał teraz czas muzyki i to dobrej muzyki – powiedziała Agnieszka.
– Ostatnio nawet napisałam do takiego jednego administratora z prośbą, czy mógłby dodać jedną fajną płytę o której dowiedziałam się przypadkiem i gostek się zgodził. Na szczęście udało mi się ją wygrać.
– A czy to cię nie denerwuje, że musisz być zależna od tych administratorów i być w stresie wygram, czy nie wygram, a potem jeszcze czekać na te płyty aż przyślą?
– Na początku rzeczywiście było to dla mnie stresujące, ale z czasem doszłam do takiej wprawy, że jestem teraz najlepsza i często dają mi bonusy.
Ostatnio proponowali mi, bym została jednym z moderatorów, ale wtedy pewnie nie mogłabym grać, a co za tym idzie nie wygrywałabym płyt, więc się nie zgodziłam, ale przyznam, że było mi żal, bo czułam się dumna, że mi to proponują.
– W radiu zet też można wygrywać płyty, ale tam się strasznie trudno dodzwonić.
Poza tym, jak się wygra płytę, to potem trzeba czekać 30 dni, żeby znowu móc grać.
– Eee, to za długo, ale może kiedyś spróbuję.

Następnego dnia kobiety wstały bardzo wcześnie.
Obiecały mi, że zabiorą mnie po południu do świetnego fryzjera i że spotkam tam swoją kuzynkę Dorotkę, która będzie się tam czesać przed jakimś występem.
Bardzo się ucieszyłam, ale zapaliła się czerwona lampka, że znów nie pouczę się chemii.
Jednak chęć spędzenia miłego popołudnia z miłymi gośćmi przeważyła i wybrałam się z nimi do tego fryzjera i rzeczywiście spotkałam Doris.
Była bardzo podekscytowana przed występem.
Życzyłam jej powodzenia.
Byłyśmy też w sklepie z płytami i Agnieszka w drodze wyjątku kupiła sobie jeden album. Ja kupiłam taki sam, bo też mi się on podobał.
Będzie mi się kojarzyć z kobietami.
– To tak, żebym miło wspominała to miasto – powiedziała Agnieszka.

Nadszedł dzień sprawdzianu i oczywiście poszedł mi on źle.
Nawet nie próbowałam tłumaczyć się gośćmi. Ze spuszczoną głową oddałam pustą prawie kartkę. Na przerwie Edward pocieszał mnie mówiąc:
– Gości nie będziesz mieć zawsze, a sprawdzian z chemii poprawisz. Nie przejmuj się dziewczyno. – I nie przejmowałam się do czasu, aż mama dowiedziawszy się o mym chemicznym niepowodzeniu zadzwoniła do szkoły i zabroniła mi mieszkać i widywać się z kobietami. Z mymi wspaniałymi gośćmi zamieszkała Amelia Jędrzejewska, której moi przyjaciele i ja nie lubią.
Dostałam od tego chandry i uczyłam się jeszcze mniej. W końcu muzyczno-pierogowe towarzyszki opuściły naszą szkołę.
Pani Bogusia powiedziała, że trochę przegięłam, ale nie trzeba było się tak unosić. Ona też uważała, że chemię poprawię, a goście i tak mieli niedługo opuścić mury naszej szkoły.
Kiedyś weszłam na stronę Agnieszki, ale nie widniała wśród najlepszych. W ogóle nie widziałam jej nazwiska na liście konkursowiczów.
Może jest administratorem tego portalu? Oby tak.

Categories
Sny

nietypowy rodzaj promocji

Tego typu sny najbardziej lubię i zaraz po obudzeniu je zapisuję, by nic nie uronić. Dużo bym dała, aby częściej mieć takie.

Nietypowy rodzaj promocji

Tata przeczytał w internecie, że w okolicy hodują różne ciekawe zwierzęta i że można się z nimi pobawić, naturalnie za niewielką opłatą.
Skorzystaliśmy więc z okazji i w najbliższą wolną sobotę udaliśmy się tam. Zwierzyniec prowadziła pewna starsza pani, ale nie był on taki niezwykły jakby się mogło wydawać.
Była tam zaledwie para młodziutkich terierów, dwie papugi, kanarek, para bażantów, para gołębi pocztowych i jakiś nieznany nam beżowy ptak wielkości szpaka, który popiskiwał cichutko w swej klatce. W bawialni dla zwierząt i ludzi było już kilka osób i grała muzyka z jakiegoś starego gruchota.
Jakiś mały chłopczyk biegał wokół małego stolika, gdzie stał magnetofon trzymając w rękach małego kotka, który również należał do zwierzyńca.
Była też para starszych ludzi i młoda kobieta z niemowlęciem. W pomieszczeniu panował niepokojący nastrój.
Usiadłam na podłodze, na miękkim dywaniku, bo na kanapie nie było już miejsca i czekałam, aż jakiś zwierzak do mnie przyjdzie.
Podszedł do mnie bażant z czego nie byłam zadowolona, bo wolałabym pobawić się ze szczeniakiem teriera.
Tymczasem właścicielka wypuściła z klatki beżowego ptaka, który wyfrunąwszy przysiadł na karniszu i wydał z siebie smutny pisk.
Około dwunastej podano posiłek składający się z jakiejś zupiny o bliżej nieokreślonym smaku.
Potem była cisza poobiednia. Dzieci ułożono na kocykach, zwierzęta pokładły się obok nich, a beżowy ptak bez wganiania wskoczył do klatki na swój poobiedni odpoczynek, ale nikt nie kwapił się, by go zamknąć. Podczas gdy większość gości spała, staruszka zaczęła nerwowo krzątać się po domu.
Nagle wpadła do pomieszczenia, nie zważając wcale na nastrój jaki tam panował i zarządziła:
– Wszyscy wyjeżdżamy!
– A dlaczego? – zapytałam niezadowolona.
– Ponieważ musimy pojechać na koncert pewnego discopolowego zespołu.
– Ale ja nienawidzę tego stylu muzyki i nie mam zamiaru marnować sobie soboty i pieniędzy na taki zespół.
– Pieniądze kiedyś wam oddam, a czas to wy mi oddajecie, bo spędziłam go z wami i z tymi zwierzakami, byście mogli z nimi wypocząć.
– Przecież pani zapłaciliśmy za zwierzęta i za czas.
– Ooo nie kochana. Zapłaciliście tylko za udostępnienie zwierząt, nie za czas. Widocznie nie doczytałaś umowy.
– Ale ja nie podpisywałam żadnej umowy, a ty tato?
– A ten świstek, który podpisywaliście przy wejściu?
– To była pusta kartka – dołączył się tata.
– Nie macie nic do gadania – ucięła sucho kobieta i zaczęła budzić swych gości.
Następnie powganiała ptactwo do klatek, a psy i koty zagoniła do jakiejś komórki, gdzie miały swoje posłania i miski.
Chciałam jej zwiać, ale wtedy ona wepchnęła mnie do komórki ze zwierzętami. W ostateczności to leprze, niż jakieś discopolo.
Przysiadłam na posłaniu jednego z kotów i zaczęłam go głaskać.
Wtedy zachciało mi się spać, więc położyłam głowę obok mruczącego stworzenia i zamknęłam oczy. Obudziłam się nad ranem i było mi zimno. Na nogach miałam jakieś ładne baleriny zamiast swoich adidasów, a obok mnie leżał jakiś mężczyzna i on również się przebudzał.
Domyśliłam się, że ta kobieta mnie uśpiła i zabrała na koncert dając mnie pod opiekę temu mężczyźnie. Mam tylko nadzieję, że nic niepożądanego ze mną nie zrobił.
Kiedy chłopak na dobre się obudził wyznał mi miłość.
– A gdzie tata? – zapytałam ziewając.
– Wrócił spokojnie do domu.
Moja mama go odwiozła.
Pewnie też go to babsko uśpiło – pomyślałam, a powiedziałam tylko: Zimno mi! – Mężczyzna okrył mnie swoją kurtką.
– Nie lubię cię – dodałam w ramach podziękowania za okrycie.
– Dlaczego? – zapytał nie zrażony tym wyznaniem chłopak.
– Bo marnujecie mi weekend. Śpiewałeś w tym zespole?
– Nie. Jestem jego fanem.
– Nienawidzę takiej muzyki.
– Kiedyś ją polubisz. Zresztą ona opanuje świat, jeśli już nie opanowała.
– Mylisz się. Poza tym co mnie to obchodzi, czy opanuje czy nie. Ja lubię Szwecki zespół Fatboy.
– Jak moja mama będzie go promować, to dam wam znać.
– I też mnie wtedy uśpicie?
– Nie, to była tylko ostateczność, żeby ci oszczędzić słuchania znienawidzonej muzyki.
– MhM, na pewno. Wy po prostu chcieliście wykorzystać mnie do swoich celów i tyle.
– Taka nasza praca.
– Moja koleżanka Emilia lubi disco-polo i zwierzęta też. Ją możecie zaprosić. Ona ma chłopaka, więc będzie o dwie osoby więcej.
– Nie wiemy jaki zespół będziemy promować następnym razem. Co prawda ostatnio dają nam coraz gorsze zadania, ale to pewnie dlatego, że za mało się staramy.
– A więc sam przyznajesz, że disco-polo to szajs?
– Ja muszę lubić to, co oni chcą, żebym lubił. Wtedy łatwiej jest mi dbać o ich interesy.
– A nie możesz znaleźć sobie lepszej pracy?
– Na razie nie. Poza tym z tej też czerpię dużo korzyści na przykład spotykam takie interesujące dziewczyny jak ty.
– A dużo takich poznałeś?
– Nie. Ze dwie, może trzy.
– A teraz co zamierzasz ze mną zrobić?
– Na razie nie jesteś mi potrzebna, ale mamy już was na oku, więc spokojnie. Nie raz jeszcze się przydacie.
– Drugi raz już się na to nie nabiorę.
– Nabrałabyś się, gdybym tylko chciał, ale jak nie powiesz nikomu o swojej przygodzie, to będę cię zabierał jedynie na fajne koncerty i nie będę cię usypiał.
– A mój tata?
– Z twoim tatą jeszcze zobaczymy, ale myślę, że jesteś już na tyle duża, że wytrzymasz bez niego jakiś weekend jeśli zajdzie potrzeba.
– Wkurzasz mnie – skomentowałam jego wypowiedź.
– Nie marudź mała. Życie to nie bajka i trzeba się czasem poświęcić.
– Ja poświęcam się tylko dla najbliższych przyjaciół, a nie dla ludzi z ulicy.
– W takim razie zostań moją przyjaciółką, a będzie ci o wiele łatwiej.

Categories
Sny

Dalsze przygody z muzyką

Dziś przedstawię wam dalsze moje przygody z muzyką

Do Mielca jechać czas, bo tam robią krzywdę muzyce

W szkole było organizowane kilka wycieczek na raz m.in.: do Mielca, Gdańska, Poznania i każdy mógł sobie wybrać na jaką chce jechać. Z początku chciałam się wybrać z klasą do Poznania, ale po chwili dostrzegłam samotnego Patryka, który chciał pojechać do Mielca. A może by tak pojechać z Patrykiem? – zaczęłam się zastanawiać. I tak potem wszyscy mieliśmy się spotkać w jednym punkcie i każda grupa będzie chwalić się swymi wrażeniami. Patryk ucieszył się, że z nim jadę i zaraz ruszyliśmy w drogę.
Zatrzymaliśmy się w bardzo drogim hotelu, gdzie obecnie przebywała również pewna mniej znana piosenkarka muzyki współczesnej. Patryk śpiewał z nią jakąś dziwną piosenkę, która z założenia przeznaczona była dla duetu.
Potem piosenkarka opuściła nasz pokój, a ja chciałam puścić Patrykowi jakąś piosenkę zespołu Fatboy, ale nie mogłam żadnej znaleźć na swym komputerze, co bardzo mnie wkurzyło i przestraszyło zarazem.
Kiedy tak szamotałam się z mymi zbiorami muzycznymi do pokoju weszła ciocia Ola i powiedziała:
-Dzieci, próżne szukanie Fatboya oj próżne. To wy nie wiecie, że odkąd w Mielcu istnieje komisja do spraw muzyki i ich wykonawców nie ma już połowy fajnych zespołów, a zwłaszcza tych starych lub też lubiących starą muzykę? Od nie dawna została założona taka komisja w Mielcu i zajmuję się muzycznymi sprawami całego świata. Co prawda Fatboy istnieje dopiero jedną dekadę, ale że tworzy w starym stylu, to również został usunięty. Nie ma już takich zespołów jak: Abba, Modern Talking, czy nawet Ace of base i tylko nieliczne ich nagrania się zachowały. Po tych słowach ciocia podeszła do stojącego w pokoju telewizora i powiedziała: -A teraz wam coś pokaże, tylko nie mówcie o tym nikomu – i włączyła program ze starą muzyką, ale nie tylko, ponieważ pokazywano tam, że stara muzyka z nową dobrze się komponuje.
Leciał akurat Modern Talking i ciocia zgłośniła utwór na ful mówiąc, że to jest nasz protest przeciwko poczynaniom komisji do spraw muzyki i ich wykonawców.
Kiedy wysłuchaliśmy piosenki postanowiłyśmy z ciocią, że jeszcze dziś wybieramy się do komisji, by bronić Fatboya i innych pięknych zespoły przed zagładą. Patryk wybrał się z nami, ale bez takiego entuzjazmu jak my. Wychodząc z nami narzekał, że przecież w planach wycieczki był basen i zwiedzanie, a nie jakieś urzędy.
Kiedy stanął zrezygnowany przed budynkiem mówiąc, że na nas poczeka z oburzeniem zawołałam do niego:
-Tak niby lubisz muzykę i słuchasz jej namiętnie, a nie chcesz nic dla niej zrobić.
Przecież Queen jest również starszym zespołem i ich także spotkał ten sam los i to też cię nie obchodzi? – Po mych słowach Patryk westchnął ciężko i wszedł do ocienionego drzewami budynku komisji do spraw muzyki i ich wykonawców wraz ze mną i z ciocią.
(…)

Categories
Sny

Przyjaciel też może stać się wrogiem

To, że uwielbiam muzykę wcale nie oznacza, że nie miewam koszmarów z nią związanych. Oczywiście, że mam i to dość często. Oto jeden z nich:

Jak najdalej od Miłka

Na informatyce miał być sprawdzian z sieci, ale się nie odbył, bo wszyscy się rozjeżdżali do domów na święta i pan Marek puścił jakąś muzę ze swej karty pamięci. Najpierw jakąś muzykę filmową z towarzyszeniem trąbki, co mogłoby spodobać się mej przyjaciółce i jeszcze jakąś inną piosenkę podchodzącą pod gust Alicji. Wkrótce potem klasa się wyludniła, więc poprosiłam pana Marka, by mi pożyczył swej karty pamięci, bo chcę zgrać jej zawartość i pokazać przyjaciółce, której taki rodzaj muzyki odpowiada. Nauczyciel pozwolił mi nawet iść po czytnik, który zwykle pożycza mi Alicja, bo niestety nie miałam go przy sobie.
Zgrałam piosenki z karty pana Marka, których nie okazało się zbyt wiele i poszłam pokazać je przyjaciółce.
Pierwszy utwór był jakiś nudny i wcale mi się nie podobał, natomiast następny kawałek rozpoczął tą niezwykle dla mnie niemiłą przygodę. Była to piosenka zespołu „kapela”, którego w dzieciństwie bardzo się bałam, bo wokalista tego zespołu miał brzydki, przepity głos. Alicja wyłączyła niespiesznie ten okropny utwór i chciała dalej szukać tych piosenek dla siebie, ale ja otwarcie się na to nie zgodziłam, gdyż obawiałam się, że znowu trafimy na piosenkę tego okropnego zespołu.
Posprzeczałam się nawet trochę z przyjaciółką, bo ona za wszelką cenę chciała przeglądać zawartość owej karty. Na koniec Ada się obraziła i wyszła z pokoju, a w mych uszach wciąż brzmiał przepity głos wokalisty zespołu. Postanowiłam go więc zagłuszyć włączając jakąś inną miłą mi płytę jednak nie wiele to pomogło, ale zawsze coś.

W domu u Miłka

Zostałam porwana przez wokalistę zespołu „Kapela”, ponieważ usłyszał on fragment swojej piosenki i dowiedział się, że jej obecną właścicielką jest ładna dziewczyna, więc postanowił ją dla siebie zagarnąć zanim inni członkowie zespołu się zorientują. Na wokalistę zespołu wołano Miłek o czym dowiedziałam się, gdy znalazłam się w jego domu, w którym urzędowała również reszta zespołu.
Celem uprowadzenia mnie tutaj było zgwałcenie mnie przez Miłka i może także przez resztę członków zespołu.
Znalazłam się tam późnym wieczorem, kiedy kompania Miłka piła sobie w najlepsze alkohol, oczywiście bez żadnego umiaru. Miłek zaciągnął mnie do jednego ze swych pokoi, które jak się później okazało były identyczne, żeby uprowadzonym dziewczętom trudniej było uciec z domu. Mężczyzna byłby mnie pewnie zgwałcił od razu, gdyby nie jego kompania, która wykrzykiwała głośno:
– Miłku, Miłku, choć się z nami napić! Miłku, dolewaj! Dolewaj!
Zostawił mnie więc Miłek i poszedł dolewać rządnym alkoholu mężczyznom i pić z nimi do upadłego. Ja tymczasem przemierzając pokój za pokojem desperacko szukając wyjścia z tego okropnego domu pełnego rozhulanych pijaków. W jednym z pokoi natknęłam się na zegar, który tykał bardzo szybko i donośnie, chyba był zepsuty. W jednym z pokoi natknęłam się na jedną z moich nauczycielek, która doradziła mi, bym jeśli przyjdzie mi dzielić łóżko z panem Miłkiem trzęsła się jak galareta, albo jeszcze gorzej, to jest szansa, że mnie zostawi, chyba, że nie znajdzie sobie innej lali. Po niedługim czasie zdałam sobie sprawę, że chodząc tak od pokoju do pokoju, który jest taki sam – takie same drzwi, takie samo łóżko, nawet taka sama pościel; nie mam pojęcia, czy zbliżam się, czy oddalam od upragnionych drzwi.
Ten dom był chyba zaprojektowany specjalnie dla tego zespołu za ich pieniądze – pomyślałam.
Potem przyszedł mi na myśl ten pokój z zegarem, bo przecież ten zegar sprawiał, że ów pokój się wyróżniał.
Ciekawe, co on miał na celu.
Może to jakaś poprzedniczka go tu zostawiła, ale czy dla zmyłki czy dla pomocy i w jaki sposób miałby on pomóc w ucieczce? Pan Miłek właśnie opowiadał swojej kompanii o tym, że uprowadził fajną laleczkę i że może nawet zastąpi mu ona jego ulubioną karczmareczkę, którą nawet opiewał w piosence z całym zespołem, a w której to czas jakiś temu zakochał się bez pamięci.
Przyjął ją potem do pracy, by była ich gospodynią domową i trzymała obejście w ryzach.
Jednak pewnego razu członkowie zespołu tak gorliwie opijali jakiś dobry koncert, że nie myśleli już kompletnie co robią i zgwałcili kobietę wraz z Miłkiem na czele. Dziewczynie udało się uciec, ale od tej pory zespół rozpił się jeszcze bardziej i coraz rzadziej koncertował, bo ciągle pił bądź miał kaca, aż w końcu stracili oni zupełnie na wartości i stali się zwykłymi pijusami, czasami tylko podśpiewującymi w najgorszych barach brzydkie i byle jakie piosenki. Większość życia spędzali w swoim pięknym domu, który zresztą stawał się ruderą, gdyż nikt o niego nie dbał i pili, pili, pili… Pan Miłek co jakiś czas wynurzał się z domu po jedzenie – zwykle je kradł i po jakąś laleczkę, jak to on zwykł określać swoje ofiary. Kiedyś nawet jego znajomy informatyk, który pracował z nimi w studio stworzył dla nich program, który rozsyłał ich piosenki w formie wirusa, by im tworzył sztuczną popularność, a także namierzał słuchających oraz tych, co dostali wirusa, dlatego właśnie się tu znalazłam.
Ciekawe jak się to piekło skończy? Przecież to bagno nie może trwać wiecznie! Kto mnie uratuje!

Categories
Sny

Problemy z pracą i nie tylko

Kolejną sprawą, nad którą często rozmyślam i pojawia się w nocy w mojej głowie jest problem znalezienia pracy oraz wszelkie praktyki zawodowe. Efekt owych rozmyślań jest następujący:

I jak tu zwiać

Obiad był późno, bo zrobiony pod tatę, który późno wracał z pracy. Był wyjątkowo rozmowny i zadowolony jak na tak późny powrót do domu.
– Ja ich załatwię, zobaczycie.
Musicie mi tylko trochę pomóc i zobaczycie jak będą płakać.
– Co takiego na nich wymyśliłeś? – pyta mama nabijając kotleta na widelec.
– Zapisałem się do pewnej partii. I zobaczycie. Ona z nimi zrobi porządek, oj zrobi i wreszcie będzie się pracować normalnie, a nie jak murzyni jacyś.
– A my jak miałybyśmy ci pomóc? – pytam z lekkim zaniepokojeniem.
– Musicie zapisać się też do tej partii, a zwłaszcza na tobie mi zależy, bo jesteś młoda i możesz w niej dużo zdziałać.
– Ale ja nie wiem czy w ogóle mam na to ochotę.
– Musisz mieć, jeżeli chcesz, by twój ojciec zarabiał godnie.
Jeszcze tego samego dnia przyjechał szef owej partii i tata zapisał mnie do niej. Z początku nie dostrzegłam żadnych zmian po zapisaniu się do partii, ale pewnego dnia jej szef znowu się u nas zjawił z wieścią, że muszą oni zaostrzyć rygory i zacisnąć pasa i przywiózł jakiś tajemniczy sprzęt. Na jedną rękę kazał mi założyć zegarek a na drugą opaskę.
– Z tym zegarkiem to jeszcze mogę spać, ale z opaską będzie niewygodnie – zbuntowałam się.
– Niestety musi tak być – powiedział surowo mężczyzna.
– To proszę chociaż założyć zegarek na lewą a opaskę na prawą rękę.
– Dobrze. I zakaz zdejmowania, bo będą tego konsekwencję. I żadnych zagranicznych wyjazdów a poza obręb waszego województwa za uprzednim zgłoszeniem. Od tej pory już przestało mi się podobać należenie do partii, bo czułam się zniewolona w każdym tego słowa znaczeniu.
Któregoś wieczora już zaczęłam odpinać powoli opaskę, ale jednak jej nie zdjęłam, bo bałam się konsekwencji.
Następnego dnia po tym zdarzeniu zjawił się szef partii i niby nie poruszył tego tematu, ale wiedziałam, że przyjechał specjalnie, by mnie nastraszyć. Po jego wizycie zaczęłam bać się tej partii jeszcze bardziej, bo już wiedziałam, że jej członkowie w pełni mogą mnie śledzić.
Któregoś dnia tata przywiózł z pracy zadanie dla mnie, które miałam wykonać na pro toolsie (programie do obróbki dźwięku) w ciągu pięciu dni.
– Co za to dostanę?
– Na razie nic, bo muszą cię sprawdzić. To taki okres próbny.
– No niech tam – mruczę pod nosem. Tworząc sesję dla tych nicponi słyszę, jak tata w kuchni emocjonuje się opowiadając mamie, że partia rzeczywiście spełnia wszystkie dane im obietnice.
– I widzisz? W pracy coraz lepiej, Karolina dostała zadanie, normalnie żyć nie umierać.
– Tak. A tego, że jestem oznakowana jak pies jakiś to już nikt nie widzi – mruczę pod nosem i zamykam drzwi swego pokoju, by nie rozpraszać się rozmową rodziców. Zadanie nie było trudne, lecz żmudne. Ten cały szef partii i jeszcze jakichś dwóch ludzi rozwodziło się nad interesami partii i trzeba to było po prostu wyedytować i pozapisywać w kilku wersjach w odpowiednich formatach. Zajęło mi to kilka godzin.
Oddałam ojcu pendrive’a z wykonanym zadaniem i słuchałam muzyki starając się nie myśleć o tym, że jestem śledzona dwadzieścia cztery godziny na dobę. Gdzieś pod koniec czerwca, tata zawołał mnie do salonu, kazał usiąść obok siebie i przekazał następującą wieść: Te wakacje spędzisz w jednej z posiadłości szefa partii i będziesz dla niego pracować w jego studiu.
– Ale… – Nie ma żadnego ale. Są wakacje, masz czas, nie ma dyskusji. W parę dni później tata wiózł mnie samochodem do domu szefa.
Oprócz mnie pracowało tam jeszcze kilku młodych ludzi: jakaś Ukrainka, Hiszpan oraz kilku jeszcze Polaków.
Najwięcej czasu spędzałam z Hiszpanem, bo on również pracował w studiu. Ukrainka była gospodynią domową a Polacy pracowali biurowo. W studiu nie było dużo pracy i zazwyczaj to samo co dostałam kiedyś do domu – jakieś nudne gadki o ich interesach.
Dużo więc czasu spędzałam na powietrzu ze starym, puchatym szpicem, albo z Hiszpanem, który bez przerwy narzekał, że chciałby wrócić do kraju, bo za nim cholernie tęskni i że tu mu się nudzi i w ogóle jest mu tu źle.
Pocieszałam go, że ja też nie miałam ochoty tu przyjeżdżać i marnować swoich wakacji dla jakiegoś wyszczekanego szefunia. Pierwszy miesiąc przymusowych wakacji był taki, jak opisałam powyżej, ale dopiero następny przyniósł prawdziwe piekło. Musieliśmy wstawać o piątej, bądź szóstej rano i pomagać Ukraince przy przetworach, a zamiast montować gadki szefa i jego spółki, edytowaliśmy źle nagraną perkusję. Któregoś dnia szef wezwał mnie na noc do swego gabinetu, by zobaczyć jak pracuję, a gdy przekonał się, że całkiem nieźle mi idzie zdecydował, że za kilka dni przeniesie mnie do innego miasta, do dużego studia i będę tam pracować na stałe.
Wcale mi się ten pomysł nie spodobał, bo przywiązałam się już do smutnego Hiszpana i spokojnej, małomównej Ukrainki a nawet do tego starego kudłacza, który ledwo powłóczył nogami i nie pozwalał się czesać. Jeszcze przed świtem zbudziłam Hiszpana i opowiedziałam mu o nocy z szefem i jego nieugiętych decyzjach.
– W takim razie musisz wiać, bo nigdy już nie wydostaniesz się z jego łap. Ja ci pomogę, a może nawet też zwieję?
Przez cały dzień miałam pełne ręce roboty, bo Hiszpan zdjął swoje oznakowania i wymknął się załatwiać nam wyjazd, a ja wykonywałam jego robotę, żeby szef się nie skapnął, że go nie ma, a nie było to wcale łatwe po nieprzespanej nocy. Z powodu nadmiaru zajęć w studiu nie chciałam pomagać Ukraince w kuchni a ta naskarżyła szefowi, czego się po niej nie spodziewałam, gdyż miślałam, że starsza kobieta za mną przepada. Hiszpan wrócił koło szóstej po południu, z dobrymi wieściami. – Zwiewamy po jutrze, bo po dzisiejszych kombinacjach chcę by następny dzień był taki jak zawsze.
Udało mi się skontaktować z moją rodziną!
Wreszcie wrócę do kraju! – emocjonował się chłopak.
– Ale co ja tam będę robić? Nie znam języka, nie dostanę pracy, nie mam tam znajomych…
– Ty będziesz się ukrywać przed szefem partii i cieszyć się, że jest on bardzo daleko od ciebie.
Byłam w takiej desperacji, że w końcu zdecydowałam się na ucieczkę.
Wieczorem wezwał mnie szef i objechał z góry na dół za odmówienie współpracy Ukraince. Za karę miałam spędzić z nią cały następny dzień w kuchni i w ogrodzie i ani na chwilę nie zaglądać do studia.
Wcale mi się ta kara nie spodobała zwłaszcza, że trzeba było trochę ogarnąć się przed ucieczką.
Poza tym przyzwyczaiłam się już do tego smutnego, marzycielskiego południowca. Ukrainka była dla mnie bardzo opryskliwa i zaczęłam się obawiać czy nie wywęszyła czegoś i nie udaremni naszego planu, zazdroszcząc nam ucieczki.
Robiłam wszystko, co powiedziała kobieta i czekałam końca dnia.
Późnym wieczorem poszłam nakarmić starego szpica i przy jego legowisku zastałam Hiszpana.
Zwiewamy nad ranem.
Bądź gotowa piętnaście po trzeciej tutaj.
Oczywiście nawet się nie położyłam, bo tak stresowałam się ucieczką.
Piętnaście po trzeciej stałam przy budzie szpica, ale ten nie narobił hałasu, bo nawet się nie obudził.
Wrzuciliśmy nasze zegarki i opaski do pobliskiej rzeki i pognaliśmy na najbliższe lotnisko. Tam niecierpliwie czekaliśmy na odprawę, kiedy przyszła nasza kolej zamiast do samolotu zabrano nas do jakiegoś niedużego pomieszczenia, gdzie czekał już na nas rozwścieczony szef.
Wydarł się na nas ile sił w płucach.
– Myśleliście, że wam się uda zwiać?
Nadszedł kres waszych harców. Do pomieszczenia wszedł drugi mężczyzna i zabrał Hiszpana.
Szef oznajmił mi, że dzięki mnie wywiozą go do jakichś ciężkich robót a ja pojadę do tego studia o którym mówił mi ostatnio.
Najpierw jednak pojedziemy do twego domu i pochwalisz się tatusiowi coś nabroiła w te wakacje. Łzy napłynęły mi do oczu, bo żal mi było okropnie kompana ze studia i bałam się również o swój los.
– A może mógłby pan nam dać jeszcze jedną szansę?
– No tobie właśnie ją daję, bo będziesz pracować przy tym co zwykle a jemu już nic nie pomoże. To była już jego kolejna szansa i nie mam zamiaru się z nim cackać.
Jego rodzice przynoszą mi słabe zyski, więc nie mam zamiaru oszczędzać tej głupiej, niezrównoważonej rodziny.
– Choć, idziemy do samochodu.
Szkoda czasu.
Doba nie jest z gumy.
Naucz się tego wreszcie dziewczyno.
Idąc do samochodu wstrętnego szefa ryczałam jak bóbr, ale jego to nic nie obchodziło i tatę pewnie też nie obejdzie, bo już na samym początku mi powiedział, że mam się dobrze sprawować w partii.
Może chociaż mama lub babcia się za mną ujmą?

Categories
Sny

Przemyślenia na temat chorób

W moich marzeniach sennych często pojawiały się choroby. Może było to spowodowane jakimś podświadomym lękiem, ale w mojej głowie rodziły się na ten temat naprawdę dziwne historie. Oto jedna z nich

Choroba, która odstrasza innych, co powoduje stopniową utratę przyjaciół
Ten rok szkolny był dla mnie wyjątkowy, ponieważ dużo zmieniło się w moim życiu.
Zacznijmy może od tego, że przeniesiono szkołę do której uczęszczałam od samego początku do miejsca mojego zamieszkania czyli do niewielkiej miejscowości o nazwie Barszcz.
Miałam duży dylemat czy mieszkać w internacie czy w domu. W internacie jest fajnie, bo są koleżanki na wyciągnięcie ręki i jest wesoło, ale za to w domu są cisza i spokój potrzebne do owocnej nauki. Rodzice widząc moje niezdecydowanie postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i zaprosili do naszego domu Alicję, by mieszkała u nas przez rok szkolny i dochodziła ze mną do szkoły.
Bardzo mi się ten pomysł spodobał, więc nie mieszkałam już w internacie, a jedynie go odwiedzałam.
Moja radość nie trwała jednak zbyt długo, ponieważ w naszym domu rozpanoszyła się jakaś dziwna choroba, która objawiała się radykalnymi zmianami na ciele np.: brzydka, odrażająca wysypka czy odrętwienie ciała.
Najgorszym objawem choroby było nagłe rośnięcie, które zazwyczaj dotykało mężczyzn.
Zwykle zdarzało się ono w łazience kiedy mężczyzna się mył lub przebierał. W ciągu minuty potrafił urosnąć tak szybko, że dotykał głową sufitu.
Towarzyszył temu ogromny bul całego ciała. Po jakiejś godzinie, a czasem po dłuższym okresie czasu mężczyzna znów zaczynał się kurczyć tylko znacznie wolniej aż wrócił do dawnego wzrostu.
Bardzo się bałam, że mnie też to kiedyś spotka i że zostanę taka wysoka już na zawsze.
Pewnej soboty kiedy po codziennej nauce słuchałyśmy sobie z Adą muzyki, a mama piłowała paznokcie odpoczywając przy tym tata wrócił z pracy, a że bardzo był przepocony niezwłocznie udał się do łazienki a tam… zaczął rosnąć krzycząc przy tym okropnie aż w końcu głowa jego uderzyła z hukiem o sufit i po chwili tata wyszedł z łazienki jeszcze bardziej zmęczony i obolały. Alicja tak bardzo się tego zdarzenia przestraszyła, że nie chciała już mieszkać w naszym domu mimo zapewnień, że ta przypadłość dotyka tylko mężczyzn.
Mimo odejścia Alicji z naszego domu nie przeprowadziłam się do internatu aż do czasu, kiedy tacie zdarzyło się to kolejny raz, a mamie zdrętwiały na parę godzin ręce tak, że nie mogła ugotować obiadu.
– Lepiej by było, żebyś pomieszkała trochę w tym internacie – powiedziała mama któregoś dnia. Tam na pewno nic ci jeszcze nie grozi. Przystałam na propozycję rodzicielki, bo również bałam się, że choroba mnie dosięgnie.
Jednak długo sobie w internacie nie po mieszkałam, ponieważ pod koniec jesieni zrobiono dłuższą przerwę od nauki, którą nazwano małymi wakacjami.
Przez ten czas mieliśmy rozwijać swoje pasje w domu lub poza nim, albo ich poszukać, a bez nich nie wracać w ogóle do szkoły.
Kiedy po małych wakacjach nauczyciele zbiorą już informacje o zainteresowaniach swych uczniów będą organizować kółka i lekcje dodatkowe związane z uczniowskim hobby i pomagali im je rozwijać. W czasie owych małych wakacji pogoda była bardzo brzydka, a mimo to mama wychodziła ze mną na spacery, co jak mówiła nie sprzyjało naszej domowej chorobie.
Któregoś dnia poczułam się źle, tak jakbym miała gorączkę i powiedziałam o tym mamie. Mama zdecydowała, że przez pół dnia mogę leżeć w łóżku, ale po południu idziemy na spacer, ewentualnie może on być nieco krótszy niż zwykle.
Tego dnia udałyśmy się piechotą do Borków i odwiedziłyśmy pana Franciszka, bo ciocia gdzieś wyjechała, a nikogo innego nie było w domu. W drodze powrotnej spotkałyśmy dziadka Józka, który był bardzo ranny w bok i w rękę, ale uparcie mówił nam, że nie potrzebuje pomocy.
Jednak mama była nieustępliwa i zaprowadziłyśmy dziadka do domu.
– Dziś wieczorem lub jutro Roman cię odwiezie – powiedziała mama. Dziadek wyrażał wielką chęć by się umyć i opatrzyć ranę, więc zajął łazienkę na czas długi, a ja czułam się coraz słabiej.
– Musisz jeszcze trochę wytrzymać – mówiła mama spokojnie. Jak dziadek wyjdzie to ty się umyjesz i położysz się do łóżeczka.
Kiedy mama to mówiła usłyszałyśmy z łazienki okropny krzyk i zanim zastanowiłam się co w tej sytuacji właściwie powinno się zrobić wpadłam do łazienki nawet nie zapukawszy i zastałam tam nagiego dziadka, który rósł sobie w najlepsze, a po chwili uderzył głową w sufit tak jak kiedyś tata.
Teraz ja zaczęłam się rozbierać nie zważając wcale na wstyd czy intymność tak, jakby to miało jakoś dziadkowi pomóc. W chwilę później i mama znalazła się w łazience i biedna nie wiedziała już komu ma pierwszemu pomagać. W końcu wsadziła mnie do pustej wanny, a dziadkowi opatrzyła ranę i zaprowadziła go na miejsce jego spoczynku, gdzie miał już przygotowane, zaścielone łóżko.
Potem wróciła do mnie i pomogła mi się umyć, poczym zaprowadziła mnie do łóżka i jęła mnie pocieszać, że wszystko będzie dobrze. Od tej krwi i nadmiernego rośnięcia dziadka było mi trochę niedobrze i nadal miałam gorączkę, ale chyba nieco większą niż wcześniej.
Zaczęłam myśleć o moich kolegach, czy jeszcze kiedyś ich zobaczę, czy może przyjdzie mi leżeć w łóżku w jakiejś dziwnej chorobie przez resztę życia.
(…)