Categories
Sny

Wszystko przez Kim

Była wigilia, a my jak zwykle w niedużym gronie spożywaliśmy świąteczną kolację.
Nagle zadzwonił dzwonek.
Wszyscy zamarli. Bo niby się mówi o przyjmowaniu niespodziewanego, potrzebującego gościa, ale rzadko ktokolwiek przychodzi. W końcu jednak zdecydowano, że trzeba dopomóc w potrzebie i otwarto drzwi. Było to małżeństwo z może rocznym dzieckiem.
Poprosili o gościnę, ale nie tłumaczyli się dlaczego nie spędzają tej wigilii w domu rodzinnym.
Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że dostałam od nich prezent.

Była wigilia, a my jak zwykle w niedużym gronie spożywaliśmy świąteczną kolację.
Nagle zadzwonił dzwonek.
Wszyscy zamarli. Bo niby się mówi o przyjmowaniu niespodziewanego, potrzebującego gościa, ale rzadko ktokolwiek przychodzi. W końcu jednak zdecydowano, że trzeba dopomóc w potrzebie i otwarto drzwi. Było to małżeństwo z może rocznym dzieckiem.
Poprosili o gościnę, ale nie tłumaczyli się dlaczego nie spędzają tej wigilii w domu rodzinnym.
Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że dostałam od nich prezent.
– Szukając miejsca, gdzie moglibyśmy spocząć spotkaliśmy na swojej drodze Mikołaja, który kazał przekazać ci ten oto podarunek – powiedziała kobieta uroczyście i wręczyła mi paczkę z namalowaną na niej gęsią i z dużym napisem: Kim. W paczce siedział przycupnięty mały piesek, zapewne szczeniak.
– Mieliśmy wam podarować gęś, ale nie byliśmy pewni, czy macie dla niej odpowiednie warunki. – odezwała się znów kobieta.
– Mielibyśmy, ponieważ posiadamy kury, ale myślę, że piesek bardziej córkę ucieszy – powiedziała rzeczowo mama i przygotowała 3 nakrycia.
Niespodziewani goście nie zabawili u nas długo. Zjedli pośpiesznie, zaśpiewali z nami jedną kolędę i opuścili nasz dom dziękując za gościnę. Dopiero następnego dnia zaczęły się kłopoty.
Kiedy wyszłam z psem na spacer on prowadzał mnie po jakichś nieznanych mi uliczkach, gdzie spotykałam bardzo biednych ludzi, często używających wulgaryzmów.
Pewnego dnia suczka zostawiła mnie dłużej niż zwykle wśród ulicznej biedoty. Tam natomiast znalazła mnie policja i oskarżyła mnie o prostytucję.
Następnego dnia próbowałam się nie dać psu, ale ten jak zwykle ciągał mnie w swoje strony. Tym razem spotkałam biedną kobietę z dziećmi, która namawiała mnie, bym z nią zatańczyła na ulicy w celach zarobkowych. Z początku nie chciałam się zgodzić, ale kobieta nie ustępowała, więc zatańczyłam jedno kółeczko dla świętego spokoju. Od tego tańca zakręciło mi się w głowie i znów nie mogłam znaleźć psa, lecz najgorsze miało dopiero nastąpić.
Kiedy wreszcie mała powsinoga do mnie wróciła poszłam z nią do domu. Rodziców jeszcze nie było, ale czekała na mnie ciocia Dzidzia z jakimś dużym psem zapewniając mnie jednak, że on na pewno nie ugryzie, ani nie zrobi nic złego mej małej suczce. Usiadłam więc koło niej wyczerpana i włączyłam muzykę.
Wtedy ciocia zaczęła grzebać w torebce jak gdyby coś jej się przypomniało.
– To są dwie płyty od Norberta. Kazał mi pokazać ci 2 utwory – powiedziała ciocia.
Wzięłam jedną z płyt i wsadziłam ją do odtwarzacza.
Pierwszą piosenką jakiej miałam wysłuchać był utwór pod tytułem "Mechanik samochodowy" (po angielsku). Był to utwór metalowy o ostrym, nieprzyjemnym brzmieniu, którego się bałam. Po wysłuchaniu fragmentu wzięłam od cioci drugą płytę i puściłam z niej utwór pod tytułem "zapowiadacz pogody" (również po angielsku). Ten był jeszcze gorszy. Z początku był jeszcze znośny, stylem nie przypominający metalu, ale z czasem się rozkręcił, a ja bałam się go okropnie. Psom również się ta muzyka nie spodobała, bo robiły się coraz bardziej agresywne, aż w końcu oba rzuciły się na ciocię z wielką furią i zaczęły ją gryźć.
Stałam jak sparaliżowana. Nie miałam siły, by unieść rękę i wyłączyć sprzęt, lub też zadzwonić po pomoc, albo próbować odciągnąć psy. W końcu ktoś wrócił do domu i zakończył całą sprawę, ale nawet nie wiem jak, bo ze strachu straciłam przytomność i obudziłam się dużo później, a jedną z pierwszych myśli była ta, że wszystkie te nieprzyjemne wydarzenia dzieją się przez psa i mimo iż jestem humanitarna wobec zwierząt postanowiłam psa wyrzucić. W tym celu kazałam wywieźć się do lasu, a potem szłam jeszcze przez jakiś czas ze zdezorientowaną Kim na smyczy.
Nagle usłyszałam jakąś przyjemną radiową muzykę.
Spuściłam więc psa i udałam się w stronę dźwięku.
Była to mała budka stojąca między drzewami.
Zapukawszy cicho weszłam do środka. Było tam dosyć ciasno. W środku przebywało trzech mężczyzn: Marek Starybrat, Marcin Sońta i Marcin Wojciechowski. Usiadłam między Sońtą a Wojciechowskim. Mężczyźni powiedzieli mi, że pozwolono im tu prowadzić audycję, by odpoczęli od zgiełku Warszawy i przekazali ich spokój duszy słuchaczom. Wojciechowski miał też ze sobą zooma i grzebał coś przy nim namiętnie. Był milczący, zajęty swoimi sprawami. Na małym stoliku leżało w dużej misie mnóstwo cukierków, ale mężczyźni mnie nie poczęstowali.
Nagle usłyszałam pod drzwiami skomlenie i drapanie w drzwi.
– O nie – pomyślałam – nie będzie mi to wstrętne psisko psuło zabawy z ludźmi z radia. Już dość się przez nią wycierpiałam i nie tylko ja.
– To twój pies? – zapytał Starybrat.
– Nie – odpowiedziałam twardo. Po chwili skomlenie ustało.
Dobrze mi się siedziało w budce słuchając komercyjnej muzyczki, ale nie będę się przecież panom narzucać, a to wstrętne psisko pewnie już sobie poszło szukać znów jakichś meneli i innych marginesów społeczeństwa. Po dłuższej chwili z żalem opuściłam przyjemną budkę i pożegnawszy się z mężczyznami udałam się w stronę samochodu. Na szczęście psa nie było już w pobliżu.
Żeby tylko któryś z radiowców się na niego nie natknął i litościwie go nie przygarnął, bo będzie miał potem problemy, oj będzie.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *