Categories
Sny

Historia Annie

Oto jeden z najdłuższych i najbardziej horrorystycznych snów dotyczących mojego ulubionego dziennikarza.
## Nie dwie rzeczy na raz
Ucieszyłam się bardzo, że przeniesiono nam piątkowy montaż na godziny poranne. Nie przypuszczałam jednak, że aż tak bardzo wpłynie to na moje życie. W pierwszy piątek po zmianie planu pojechałam sobie szczęśliwie do domu, ale w następnym tygodniu już nie było tak kolorowo, bo przyszła do nas wychowawczyni i stwierdziła, że jesteśmy zaproszeni przez jakieś przedszkole na obiadokolację.
– Po co mamy tam iść – odzywały się zbulwersowane głosy w stronę wychowawczyni.
– Co wam szkodzi. Zjecie dobry obiad za darmo. – W

Oto jeden z najdłuższych i najbardziej horrorystycznych snów dotyczących mojego ulubionego dziennikarza.

Nie dwie rzeczy na raz

Ucieszyłam się bardzo, że przeniesiono nam piątkowy montaż na godziny poranne. Nie przypuszczałam jednak, że aż tak bardzo wpłynie to na moje życie. W pierwszy piątek po zmianie planu pojechałam sobie szczęśliwie do domu, ale w następnym tygodniu już nie było tak kolorowo, bo przyszła do nas wychowawczyni i stwierdziła, że jesteśmy zaproszeni przez jakieś przedszkole na obiadokolację.
– Po co mamy tam iść – odzywały się zbulwersowane głosy w stronę wychowawczyni.
– Co wam szkodzi. Zjecie dobry obiad za darmo. – W
Jakieś 40 minut po lekcjach opuściliśmy internat, by zjeść obiad z jakimiś dzieciakami. Przedszkole było raczej prywatne. Był to zwykły dom ze zwykłym ogrodem i małym szczeniakiem skundlonego wilczura. Pogłaskałam pieska po gęstej, lekko szorstkiej sierści i udałam się wraz z resztą klasy i wychowawczynią ku drzwiom. Na spotkanie wyszły nam dwie panie, jeden mężczyzna i czworo małych dzieci.
Dziwne to przedszkole, ale może chociaż dadzą coś dobrego – pomyślałam. Zasiedliśmy przy stoliku w ogrodzie.
Pogoda była wprost stworzona do spożywania posiłków na świeżym powietrzu. Na obiad była przepyszna pizza na cienkim cieście, a do tego zimny napój.
Myślałam, że zaraz po obiedzie będziemy mogli się zmyć, ale nic z tych rzeczy. Właściciele osobliwego przedszkola oprowadzali nas po ogrodzie. Szczeniak dreptał za nami, zwłaszcza za mną, albo za jednym z małych chłopców.
Zapytałam o historię pieska, gdy staliśmy obok jakiejś komórki.
– Tutaj urodził się Mio i tu również spędza noce. Jak stanie się dorosłym psem, to dostanie zwyczajną psią budę.
– A gdzie jest jego matka? – zapytała Wiktoria, również zainteresowana historią zwierzęcia.
Umarła w miesiąc po urodzeniu małego. Nie wydawaliśmy szczeniaka, bo stwierdziliśmy, że pies będzie dobrze wpływał na maluchy, które tu będą przychodzić.
Potem pokazano nam dom. Na dole wszystko było w porządku: miły salon, przyjemna kuchnia oraz sala zabaw dla dzieci. Zaprowadzono nas też na górę, ale tam już nie było tak przyjemnie.
Czuć było swąd a niektóre rzeczy były ponadpalane.
– Tutaj niedawno był pożar, ale na szczęście w porę go ugaszono – mówiła przedszkolanka.
– Tutaj też przychodzą dzieci? – zapytał Marcin.
– Nie, to są prywatne pokoje moich chlebodawców – odezwała się znowu przedszkolanka. Do jednego z pokoi nas nie wpuszczono, ale wcale tego nie żałowałam.
Pewnie to jakaś sypialnia tych ludzi, czy coś takiego.
Wyszliśmy znowu do ogrodu.
Lekko się zachmurzyło, więc wychowawczyni skorzystała z okazji i zwróciła uwagę, że musimy już iść, bo niektórzy chcą jeszcze pojechać do domów, a powrót w deszczu byłby dla nich niezbyt przyjemny. Pożegnaliśmy się więc i opuściliśmy to dziwne miejsce. Nie opowiedziałam nic rodzicom, bo i po co było mówić o tym dziwnym popołudniu. Następnym razem obiad był dużo gorszy i było jeszcze jedno dziecko.
Pogoda była trochę gorsza, więc zaraz po posiłku udaliśmy się do domu. Dzieciom przykazano iść do sali zabaw i wpuszczono im szczeniaka.
Zrezygnowany psiak usiadł na jakimś dywaniku i westchnąwszy przymknął oczy mając zapewne nadzieję, że nikt go nie będzie ruszać.
Jednak nowy chłopczyk podszedł do niego, pogłaskał chwilę, a potem odszedł bawić się z innymi. Pod koniec naszego pobytu znów zabrano nas na górę. Już tak nie śmierdziało, a upalone rzeczy zostały zabrane. Tym razem otwarto pokój, do którego ostatnio nie wolno było nam wejść, ale wpuszczono tylko mnie.
Wcale mi się to nie spodobało. Spodziewałam się zwykłej sypialni, a zastałam tam składzik zabawek.
Prawie wszystkie były zniszczone.
Były tam też ponadpalane rzeczy z niedawnego pożaru. Na środku wielkiego, zawalonego zabawkami łóżka, leżała średniej wielkości lalka wyobrażająca trupa. Dziś dostaliście taki niedobry obiad, bo ona tak zarządziła – powiedziała właścicielka domu.
Teraz musisz dać jej czekoladę. Kobieta podała mi tabliczkę czekolady, a ja przysunęłam ją ostrożnie do trupiej twarzy Annie, bo tak się ta brzydka zabawka nazywała. Wtedy lalka otworzyła usta i połknęła czekoladę razem z papierkiem.
– Mam nadzieję, że będziesz grzeczna – powiedziała właścicielka ni to do mnie, ni to do lalki.
– Do widzenia Annie – dodała jeszcze druga kobieta i opuściłyśmy pokój. Tym razem opowiedziałam rodzicom, że zabierają nas do jakiegoś dziwnego przedszkola, ale o trupiej lalce nic nie wspomniałam. W sobotę wieczorem słuchałam płyty Seala, a tata siedział przed komputerem.
Gdzieś koło dwunastej, gdy miałam już iść spać tata zawołał mnie do siebie:
– W sklepie, w którym często kupujemy płyty chcą ci dać prezent na gwiazdkę, czy mam na niego kliknąć?
– A co to jest? – zapytałam zaciekawiona.
– Nie wiem.
Grafika pokazuje tylko małą paczuszkę symbolizującą prezent.
– Pewnie to będzie coś, co akurat im zbywa, ale kliknij. Jak dają za darmo, to czemu nie spróbować – powiedziałam i tata kliknął. Wybiła dwunasta.
Wyjęłam płytę z odtwarzacza i schowałam ją do pudełka.
– No, teraz można iść spać. Za oknem hulał wiatr. Dobrze jest zagrzebać się pod ciepłą kołdrę, gdy jest taka brzydka pogoda.

Kolejny tydzień zaczął się zwyczajnie, ale zła pogoda utrzymywała się nadal. W czwartek po południu wezwano mnie do pokoju wychowawców.
Zeszłam tam niechętnie, bo byłam bardzo zmęczona i chciało mi się spać.
– Dziś wieczorem przyjdzie do was pan, który będzie nauczycielem wspomagającym. Będzie wam też pomagał w innych sprawach, jeśli będziecie chcieli.
– Acha – przyjęłam wieść bez entuzjazmu – I co mamy z tym zrobić?
– Nic. Po prostu bądźcie przygotowani na przybycie gościa. – Ok. szóstej zawołano mnie znowu. Wychowawczyni powiedziała, że na pierwsze spotkanie mamy się stawić w świetlicy.
Poszłam więc tam i powoli weszłam do środka. W świetlicy siedział już Marcin i rozmawiał z… Marcinem Wojciechowskim. Pan Marcin przyniósł nam ozdoby na święta i powiedział, że nauczy nas jak zrobić je samemu. Powiedział też, że będzie nam pomagać na montażu i załatwi jeszcze jednego maka. Po chwili do świetlicy weszła też Antonina. Obie chciałyśmy wziąć tego samego Aniołka. W końcu Antosia wzięła tego lepszego i poszła sobie. Marcin też na chwilę wyszedł, by przyprowadzić Wiktorię.
– Nie martw się – powiedział pan Marcin – zrobimy takiego samego. Od tej pory dziennikarz przychodził do nas w czwartki i piątki. W czwartki wieczorami, by robić ozdoby, albo to na co mieliśmy ochotę, a w piątki na montaże z panem Patrykiem.
Niestety w czwartki odwiedzała nas też Antonina i wtrącała się we wszystko, a wychowawcy jeszcze ją bronili.
Któregoś dnia pani Maria zwróciła mi uwagę, że nie chodzę już do przedszkola.
– Nie mam na to ochoty. Nigdy mi się tam nie podobało. Poza tym pan Marcin jest fajniejszy.
– To możesz chodzić z panem Marcinem.
– No dobra. W najbliższy piątek tam pójdę – zgodziłam się skwapliwie. W czwartek opowiedzieliśmy panu Marcinowi o dziwnym przedszkolu i o tym, że wypadałoby tam kiedyś pójść, bo bardzo za nami tęsknią.
– Nie ma sprawy. Chętnie zobaczę to wasze przedszkole.
Jednak następnego dnia prawie wszyscy rozjechali się do domów, a po montażach zostałam tylko ja.
Gdyby nie pan Marcin, to w ogóle bym tam nie poszła.
Byłam bardzo zła na klasę, że tak mnie potraktowali. Z początku spotkanie przebiegało jak zwykle: przywitanie ze szczeniakiem, który bardzo podrósł od mojej ostatniej wizyty, średnio dobry obiad w towarzystwie dzieciaków – tym razem tylko dziewczynki i chłopca oraz pobyt na gurze.
Jedyna zmiana to taka, że nie jedliśmy w ogrodzie, bo pogoda na to nie pozwoliła.
Kiedy pobyt dobiegał końca przypomniałam sobie, że nie wspomnieliśmy panu Marcinowi nic o lalce. To nic.
Kiedy jednak zaproszono nas do pokoju obleciał mnie strach.
Trupia lalka leżała na swoim miejscu. Kazali mi się wycofać i pozwolić na spokojnie obejrzeć panu Marcinowi wnętrze.
– Ma pani czekoladę? – zapytałam jednej z przedszkolanek dla rozładowania atmosfery.
– Nie. Ona nie będzie nam dziś potrzebna.
Wtedy lalka wydała z siebie jakieś dziwne syczenie i pokój zaczął się palić. A więc to ta zabawka wywołała wtedy pożar – pomyślałam. Ciekawe zresztą dlaczego.
– Nie wiesz dlaczego? Bo ktoś nas nieźle wkurzył – przerwała moje rozmyślania właścicielka domu.
– W umowie było wyraźnie napisane: macie przychodzić do nas co piątek, jeść u nas posiłek i odwiedzać Annie. W najgorszym razie może to być jednoosobowa delegacja. A przez ostatni miesiąc nie zjawił się od was nikt. Annie za wami tęskniła, szczeniak podrósł, a was jak nie było tak nie ma.
– Ale ja nie podpisywałam żadnej umowy!
– Ale szkoła podpisywała. Myślisz, że po co zmieniali całej szkole plan lekcji, żebyście mieli montaż w godzinach porannych? Nasza Annie połknęła tę umowę wraz z tabliczką czekolady, którą jej podałaś, czym umowa została kategorycznie przypieczętowana.
– A ten poprzedni pożar z jakiego był powodu?
– Z takiego samego. Ktoś nie wywiązał się z umowy i Annie się wściekła. A teraz koniec gadania, wracaj do siebie i dziękuj Bogu, że nie zginęłaś w ogniu.
– A pan Marcin?
– On był powodem twojego nieprzychodzenia, więc chyba wiesz co się z nim stanie.
– Ale reszta klasy też nie chodziła. Przecież w każdy piątek mógł przychodzić ktoś inny.
– Trzeba było wtedy o tym myśleć, ale wy woleliście świąteczne ozdoby i jakiegoś tam pro toolsa. Poza tym to ty byłaś wydelegowana. Zdecydowaliśmy tak, bo polubiłaś naszego wilczurka, a i Annie przypadłaś do gustu. Ona chciała, żebyś w przyszłości spisała jej historię.
– Czy mam więc przychodzić nadal, czy Annie się na mnie gniewa?
– Na razie nie przychodź. Damy ci znać, gdy Annie się uspokoi. Wyprowadzono mnie z posesji.
Zaraz potem pojechałam do domu. Tata powiadomił mnie z radością, że dotarł już prezent od sklepu płytowego.
Była to płyta, ale wyglądała na audiobook.
– Co to za książka? – zapytałam mamę.
– Historia Annie. – odpowiedziała mama, a płyta wypadła mi z ręki.
(…)

6 replies on “Historia Annie”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *