Categories
Sny

Francuskie problemy

Weszła taka zasada, że pod koniec danego roku szkolnego polonista uczący daną klasę wybiera dla niej odpowiednią lekturę spoza programu – zwykle wg upodobań większości, ale nie zawsze. W tym roku pani Zarzycka wybrała dla nas jakąś trudną książkę nieznanego, francuskiego pisarza. Niestety o tym wyborze dowiedziałam się stosunkowo niedawno i byłam wtedy w domu, co utrudniało przeczytanie książki. Tak więc po długiej przerwie przyjechałam do szkoły kompletnie nieprzygotowana – przynajmniej jeśli chodzi o język polski. Pod koniec drugiej lekcji z naszym informatykiem Milenie przypomniało się, że mam sporządzić jakiś dokument, który ma nam być potrzebny do omawiania lektury. Wzór znajduje się na dysku T (od nauczyciela).
Miałam też udać się do pani Marty i wziąć od dwóch Francuzek, które przyjechały do nas jakieś potrzebne na lekcje teksty. Skopiowałam szybko dokument i zaczęłam go wypełniać, bo pan Marek był czymś zajęty i nie pilnował nas wcale tylko patrzył w ekran swego komputera i klikał zawzięcie.
Nagle zadzwonił dzwonek i wszyscy opuścili salę. Tylko ja zostałam przy swoim stanowisku:
– Czy mogę jeszcze chwilę posiedzieć? – zapytałam nauczyciela.
– Nie bardzo. Muszę zaraz wyjść.

Weszła taka zasada, że pod koniec danego roku szkolnego polonista uczący daną klasę wybiera dla niej odpowiednią lekturę spoza programu – zwykle wg upodobań większości, ale nie zawsze. W tym roku pani Zarzycka wybrała dla nas jakąś trudną książkę nieznanego, francuskiego pisarza. Niestety o tym wyborze dowiedziałam się stosunkowo niedawno i byłam wtedy w domu, co utrudniało przeczytanie książki. Tak więc po długiej przerwie przyjechałam do szkoły kompletnie nieprzygotowana – przynajmniej jeśli chodzi o język polski. Pod koniec drugiej lekcji z naszym informatykiem Milenie przypomniało się, że mam sporządzić jakiś dokument, który ma nam być potrzebny do omawiania lektury. Wzór znajduje się na dysku T (od nauczyciela).
Miałam też udać się do pani Marty i wziąć od dwóch Francuzek, które przyjechały do nas jakieś potrzebne na lekcje teksty. Skopiowałam szybko dokument i zaczęłam go wypełniać, bo pan Marek był czymś zajęty i nie pilnował nas wcale tylko patrzył w ekran swego komputera i klikał zawzięcie.
Nagle zadzwonił dzwonek i wszyscy opuścili salę. Tylko ja zostałam przy swoim stanowisku:
– Czy mogę jeszcze chwilę posiedzieć? – zapytałam nauczyciela.
– Nie bardzo. Muszę zaraz wyjść.
– Dobrze, w takim razie tylko coś dopiszę. – zrobiłam to poczym spakowałam swoje manatki i również opuściłam salę. To był koniec lekcji na dziś.
Teraz zostało mi tylko udać się do pani Marty.
Najpierw jednak zjadłam obiad i zostawiłam laptopa w pokoju. U nauczycielki od angielskiego rzeczywiście siedziały jakieś dwie dziewczyny.
– Proszę, wybierz sobie który chcesz – powiedziała pani Marta. – Zostały jeszcze trzy.
Zupełnie nie wiedziałam który wybrać. Jeden był bardzo gruby i źle pozszywany, jeden był chyba cały po francusku, a jeden stanowiła tylko jedna kartka i zaczynał się od słowa "polowanie". W końcu nie wiem dlaczego, ale wybrałam ten najgrubszy.
Skoro nie przeczytałam lektury, to przynajmniej poczytam coś na lekcji – pomyślałam i opuściłam salę.
Nawet nie zauważyłam, że jedna z Francuzek wyszła za mną po cichu, a po chwili, tuż przed nowym internatem złapała mnie i wyrwała tekst z ręki.
Było to grube, wysokie babsko i w dodatku śwargotało do mnie po francusku, więc nawet nie protestowałam. Z tego wszystkiego zapomniałam języka w buzi i nawet nie wydusiłam choćby kilku słów po angielsku. Dziewczyna uciekła z kartkami, a ja stałam oniemiała koło schodów prowadzących do nowego internatu.
Mogłam wziąć ten krótki tekst z napisem polowanie, to może by się na niego nie połaszczyła. I co ja teraz powiem pani Zarzyckiej? Milena poradziła mi, bym poszła do pani Eli z tym dokumentem, bo mogłam go źle wypełnić.
Byłam trochę zmęczona tymi francuskimi przygodami, ale jak się długo siedzi w domu, a nie w szkole, to potem się za to płaci. Poszłam więc do pani zarzyckiej, która akurat przebywała w Pk i poprosiłam o sprawdzenie dokumentu. Polonistka rzeczywiście wciąż się czegoś czepiała. Raz nawet interweniował pan Marek, bo chodziło o jakieś skomplikowane formatowanie i kłóciłyśmy się jak to lepiej zrobić. Po jakiejś godzinie wszystko było gotowe. Pan Marek wydrukował dokument i pani Elżbieta dokładnie go obejrzała.
– Weź to teraz do siebie i przynoś na najbliższe lekcje polskiego, bo może się przydać.
– Dobrze – powiedziałam i opuściłam salę.
Następnego dnia idąc na lekcje nawet nie myślałam o francuskich przygodach z tekstami i trudnymi dokumenciskami. Milena też nie brała żadnych kartek brajlowskich ani czarnodrukowych. Może zapomniała po nie pójść, albo przytrafiło jej się to samo co mnie? Przynajmniej nie będę sama z tym problemem. Na polskim pani Zarzycka nie zrobiła testu z lektury, ani też nie pytała kto przeczytał, a kto nie, tylko zrobiła mały wstęp do lektury, opowiedziała trochę o nieznanym, francuskim pisarzu i powiedziała:
– A teraz przeczytam wam fragment rozdziału "Polowanie", a potem go sobie omówimy. Odetchnęłam z ulgą, a pani zaczęła czytać:
– Pan Mors poszedł na długo oczekiwane przez niego polowanie, ale niestety w jego trakcie z niewiadomych przyczyn ciupnął. – usłyszawszy słowo ciupnął ogarnęła mnie zwyczajowa śmiechawka, co nie było już dla nikogo dziwne.
– Czy nigdy nie słyszałaś słowa ciupnąć? – zapytała spokojnie nauczycielka.
– Nigdy – próbowałam powiedzieć przez śmiech. Gdy wreszcie skończyłam się śmiać pani zaczęła czytać dalej, ale wtedy do sali wszedł pan Marek z panią Grosik i poprosili mnie na zewnątrz i zrobiło się groźnie.
Mimo powagi sytuacji poprosiłam nieśmiało:
– Tylko nie czytajcie beze mnie, co?

2 replies on “Francuskie problemy”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *