Categories
Sny

Sala-szafa i pies-poduszka

## Sala_szafa
To chyba był poniedziałek, ale dokładnie nie pamiętam, bo tyle się wtedy działo. To był chyba trzeci tydzień na Tynieckiej bez wyjazdu do domu i byłam trochę kołowata z powodu minionych wydarzeń i braku snu. Pani Martyna kazała przyjść na próbę przed kolejnym już od miesiąca koncertem.
Spotkaliśmy się jak zwykle w sali muzycznej.
Pojawiło się mało osób, co trochę mnie zaskoczyło.
– Dlaczego jest nas tak mało? – zapytałam panią Martynę.

Sala_szafa

To chyba był poniedziałek, ale dokładnie nie pamiętam, bo tyle się wtedy działo. To był chyba trzeci tydzień na Tynieckiej bez wyjazdu do domu i byłam trochę kołowata z powodu minionych wydarzeń i braku snu. Pani Martyna kazała przyjść na próbę przed kolejnym już od miesiąca koncertem.
Spotkaliśmy się jak zwykle w sali muzycznej.
Pojawiło się mało osób, co trochę mnie zaskoczyło.
– Dlaczego jest nas tak mało? – zapytałam panią Martynę.
– Bo chyba się rozdzielimy. Nie możemy wszyscy jechać na ten koncert, ktoś z nas musi zostać tutaj.
Dlaczego – zaczęłam się zastanawiać, ale nie wiadomo czemu nie zapytałam o to nauczycielki muzyki.
– No więc tak szczerze, kto nie ma ochoty jechać na dzisiejszy koncert? – podjęła pani Martyna.
– Ja – powiedziałam wtedy i byłam jedyną ochotniczką.
– Dobrze. W takim razie zostaniesz tutaj w sali muzycznej i poćwiczysz sobie. Pani Agnieszka na pewno się ucieszy, a my pojedziemy na koncert. Możesz tu zostać i czekać na mnie albo możesz iść wcześniej do pokoju i regenerować siły na następne przygody twojego ciekawego życia. Po słowach nauczycielki wszyscy opuścili salę zostawiając mnie sam na sam z organami i fortepianem. Kiedy tylko ucichły ich kroki zrobiło się jakoś ciasno i nieprzyjemnie.
Przecież ta sala jest dość duża, bo tu odbywają się audycje organowe i fortepianowe albo inne kameralne spotkania.
Zaczęłam się bać, ale postanowiłam w miarę możliwości mym strachem się nie przejmować i udałam się w poszukiwaniu organów, by na nich trochę poćwiczyć.
Długo nie mogłam ich znaleźć, a gdy wreszcie mi się udało okazało się, że to organy z innej sali muzycznej. Co one tu robią i gdzie są te ze tutejsze, dlaczego pani Martyna nic mi nie powiedziała o tej zmianie?
Zrezygnowana otworzyłam organy, ale gdy je tylko włączyłam zaczęły grać swoją melodyjkę. Na początku to było nawet fajne, ale byłam już zbyt zmęczona, by się tą zabawką cieszyć. Nie będę przecież siedzieć w odmienionej dziwnie sali muzycznej i słuchać jakiejś pozytywki zamiast iść do pokoju się przespać.
Próbowałam poustawiać sobie rejestry, ale wtedy było tylko gorzej, bo przedtem miła dla ucha melodyjka stała się brzydkim, strasznym, charczącym utworem, którego się bałam. W końcu po paru bezowocnych próbach wyłączyłam organy i udałam się w poszukiwaniu fortepianu, jednak i ten instrument miał dla mnie niemiłą niespodziankę, ponieważ nie chciał się w ogóle otworzyć mimo iż nic ciężkiego na nim nie leżało.
Totalnie już zrezygnowana postanowiłam opuścić salę.
Przecież pani Martyna się na mnie nie wkurzy, bo powiedziała, że mogę opuścić salę przed jej przyjściem i co prawda nie udało mi się w ogóle nic poćwiczyć, ale to nie moja wina.
Pokrzątałam się jeszcze przez chwilę po sali, tym razem w poszukiwaniu klucza do niej, a gdy go wreszcie znalazłam na tych zdradzieckich organach udałam się w stronę drzwi i jakież było moje zdziwienie, kiedy zamiast zwykłych drzwi od sali muzycznej natknęłam się na drzwi od starej, drewnianej szafy. A może to jest zwykła szafa a drzwi są gdzie indziej? – zastanawiałam się. Ale nie, to tu powinny znajdować się drzwi. Na chwilę przestałam nerwowo chodzić po sali i wtedy dotarło do mnie, że jestem uwięziona i że nikt mi nie pomoże, ponieważ w szkolnym korytarzu panowała głucha cisza i nikt z internatu nie usłyszałby mojego rozpaczliwego wołania o pomoc.
Jedynie pani Martyna mogłaby mi pomóc gdy wróci z koncertu, ale nie uśmiechało mi się do tego czasu siedzieć w tej strasznej sali-szafie.
Poza tym jeśli nauczycielka wróci bardzo późno, to może pomyśleć, że na pewno już sobie stąd poszłam i nawet tutaj nie zajrzy. Weźmie tylko swoje rzeczy z jej gabinetu, który jest daleko od tej sali i pojedzie sobie do swego domu.
Stojąc tak przy drewnianych drzwiach w absolutnej ciszy usłyszałam głos mamy Kasi.
Późno ona dziś po nią przyjechała – pomyślałam. Ale skoro ja ją słyszę, to może gdybym krzyknęła to też one by mnie usłyszały. Wzięłam więc głęboki oddech i krzyknęłam głośno: Kasiaaa!
– Nie musisz się tak drzeć – usłyszałam głos Katarzyny z głębi fortepianu. Zaraz do ciebie wyjdę. Po niedługiej chwili w fortepianie coś zaskrzypiało a już w następnej Kaśka stała obok mnie we własnej osobie.
– To ty tak blokowałaś ten fortepian? – zapytałam koleżankę już nieco bardziej uspokojona.
– Jak blokowałam. Siedziałam w nim tylko i już. Dobrze, że nie próbowałaś na nim grać. Ale było fajnie!
– Kto cię tam wsadził?
– Grzesiek, bo powiedział, że mogę się komuś przydać.
– I miał rację. Czy umiesz otwierać te drzwi?
– No jak to czy umiem, drzwi to drzwi. – Już nieco bardziej ośmielona podeszłam wraz z Kasią do drewnianych wrót i wsadziłam klucz od sali muzycznej w mały zamek i przekręciłam go.
Klucz pasował, ale stało się coś jeszcze dziwniejszego.
Drzwi zamieniły się w małe drzwiczki zrobione z dwóch części i najwyraźniej chciały przekręcić się tak, by zamek znalazł się z drugiej strony.
– Kaśka uważaj, one chcą się zatrzasnąć kluczem z drugiej strony! – wrzasnęłam przerażona.
– Dobrze, dobrze, najpierw to ja muszę wyjść, siedziałam tu znacznie dłużej od ciebie.
– Dobrze, ale szybko, bo ja nie mam wcale zamiaru spędzać tu nocy – to mówiąc wypchnęłam Katarzynę za drzwi i sama również się przecisnęłam.
– Uff – powiedziałam z ulgą i nawet nie szukając już klucza i nie dotykając tych okropnych drzwi uciekłam co sił w nogach do swego pokoju. Mam nadzieję, że nie jest jeszcze tak późno, to zawołam Alicję i wszystko jej opowiem.

Pies poduszka

Te parę długich tygodni spędzonych w szkole były dla mnie tak ciężkie, że jadąc samochodem do domu myślałam, że chyba cały ten weekend prześpię. Po tej przygodzie z salą muzyczną starałam się unikać obecności pani Martyny i umyślnie nie przyszłam na zajęcia do niej.
Ciekawe czy ona w ogóle wie co się wtedy stało. W sobotę miałam zamiar w ogóle nie opuszczać łóżka i mama na to przystała, ale nie do końca.
– Możesz sobie tak leżeć przez pół dnia, ale po obiedzie musimy jechać do fryzjera, bo nie wiadomo kiedy potem nadarzy się taka okazja.
– Ale przecież nie mam jeszcze takich złych włosów – zaprotestowałam.
Musimy dziś jechać do Gośki i już – powiedziała rodzicielka tonem nieznoszącym sprzeciwu. Po obiedzie zwlekłam się więc z łóżka i pojechałam z mamą do małej miejscowości, gdzie rezydowała ulubiona fryzjerka mamy. Ta wizyta to był jeden wielki koszmar, bo pani była chyba jeszcze bardziej zmęczona niż ja i robiła mi tę fryzurę chyba z półtorej godziny i chyba mi ją jeszcze pogorszyła niż polepszyła.
Fryzjerka bez przerwy, albo siadała i ocierała pod z czoła, albo się rozpraszała, albo odbierała jakieś telefony.
Zaraz mnie szlag trafi na tym fotelu – myślałam wściekła. To już chyba mama by mnie lepiej obcięła niż ta roztrzepana Gośka.
Jedynym atutem tej dziwnej wizyty było to, że telewizor, który zwykle stał u niej w salonie był nastawiony program o zwierzętach. Ten odcinek był akurat o pekińczyku, słodkim piesku, którego widziałam kiedyś w skundlonej wersji na Gubałówce. Jedna z koleżanek posiadających takiego psiaka określa tego psa, że on jest miękki jak podusia.
Bardzo bym chciała jeszcze kiedyś takiego psa zobaczyć.
Moja chęć zobaczenia tego psa wzrosła jeszcze bardziej, gdy okazało się, że opiekunem pekińczyka był jeden z moich kolegów i jakaś jego koleżanka z rodzinnej miejscowości.
Zaczęłam Radkowi okropnie zazdrościć posiadania takiego psa.
– Mamo, a pojedziemy do Radzia żeby zobaczyć pekińczyka albo do kogoś kto ma takiego psa? – zaczęłam nudzić jak małe dziecko.
– Ja też miałam okazję zająć się takim psem – powiedziała wtedy pani Gosia, ale my już nie chcemy psów rasowych, bo mamy z nimi złe doświadczenia a poza tym jest jeszcze u nas ten stary jamnik.
Wstrętne Gosisko – pomyślałam wtedy infantylnie.
Gdyby to ona wzięła tego psa to miałabym do niego bliżej i jeszcze bym mogła go co jakiś czas widywać gdybym przyjeżdżała na wizyty.
– W takim razie powiem tacie, żeby się rozejrzał po okolicy za jakimś pekińczykiem a teraz się nie denerwuj, bo ty musisz przecież odpoczywać. Tak zakończyła się wizyta u pani Małgorzaty. W domu zadzwoniłam do Radosława z pretensjami, że mi nic o piesku nie mówił, ale ten nawet nie raczył odebrać. No trudno, pogadam sobie z nim w szkole oj pogadam. Po dwuch godzinach szukania tata dogadał się z jakimś swoim starym klientem, który miał pekińczyka, więc na powrót ubrałam kurtkę i wsiadłam z tatą do samochodu i pojechałam, by obejrzeć psa poduszkę.
– Tylko nie siedźcie tam zbyt długo. Roman, pamiętaj, że ona jest przemęczona i powinna spać.
– A ty pamiętaj, że ona ma marzenia, które jej spać nie dadzą, których nabawiła się zresztą przez ciebie i tą twoją Gośkę.
– Dobrze, w takim razie szykuję dla was pyszną kolację. Miłej zabawy. Po słowach mamy tata odpalił samochód i pojechaliśmy na spotkanie z pekińczykiem.

2 replies on “Sala-szafa i pies-poduszka”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *