Categories
Sny

No dawaj…

Oto kolejny sen z cyklu hazard i nagrody.
## No dawaj, szybko, nie mam czasu, zrób cokolwiek, pospiesz się błagam, please
Sytuacja przedstawia się tak.
Jest zwykły, sierpniowy poranek, na zewnątrz ani ciepło, ani zimno, ptaki poćwierkują od niechcenia, samochody jeżdżą, naprawdę nic nadzwyczajnego.
Siedzę z monitorem brajlowskim na kolanach i… trochę nie chce mi się zabrać za hiszpański, ale w końcu powoli sięgam po telefon. W tym momencie rozdzwania się on w mojej dłoni, więc odbieram. W słuchawce głos Witolda:

Oto kolejny sen z cyklu hazard i nagrody.

No dawaj, szybko, nie mam czasu, zrób cokolwiek, pospiesz się błagam, please

Sytuacja przedstawia się tak.
Jest zwykły, sierpniowy poranek, na zewnątrz ani ciepło, ani zimno, ptaki poćwierkują od niechcenia, samochody jeżdżą, naprawdę nic nadzwyczajnego.
Siedzę z monitorem brajlowskim na kolanach i… trochę nie chce mi się zabrać za hiszpański, ale w końcu powoli sięgam po telefon. W tym momencie rozdzwania się on w mojej dłoni, więc odbieram. W słuchawce głos Witolda:
– Słuchaj, dzwoniła do mnie jedna z uczących nas dziennikarek. Powiedziała, że jesteśmy najmniej aktywnymi, wakacyjnymi studentami z całego roku, więc ośmieli nam się uszczknąć nieco naszego błogiego nic nierobienia i poprosiła nas o przysługę.
Jaką? – zapytałam zaskoczona.
Mamy w dniu dzisiejszym napisać artykuł, jaką rolę odgrywają grzyby w mieście Kielce.
I co jej odpowiedziałeś?
Że możemy spróbować, bo rzeczywiście cóż my mamy do roboty, oprócz czekania na koniec dręczących upałów?
A nie mówiła może jakie będą z tego korzyści?
A wiesz, że nie, ale myślę, że może już w roku akademickim jakoś się odwdzięczy.
No mam nadzieję – mruknęłam. To co? Wpadniesz po mnie i robimy grzybowy research w mieście Kielce?
Tak, jasne. Będę u ciebie do dwudziestu minut. Witold zjawił się nawet szybciej.
Udaliśmy się do centrum miasta, do pierwszej napotkanej restauracji, by zamówić jakieś danie z grzybami i ogólnie zasięgnąć języka. Kiedy zajęliśmy miejsce przy stoliku a Witek wziął do ręki menu, by się w nie zagłębić w poszukiwaniu grzybowych dań, zadzwonił do niego telefon. Kolega odebrał niechętnie. Dzwonił do niego Gustaw z informacją, że w Kielcach, w dniu dzisiejszym, można wziąć udział w prawdziwych milionerach, ale trzeba się pospieszyć, bo będą zaledwie trzy rozgrywki, a chętnych w bród.
Chciałam bardzo spróbować swoich sił w teleturnieju, ale Witold przecież obiecał naszej dziennikarce z uczelni ten artykuł o grzybach. I co tu teraz zrobić? Jak to pogodzić? Witek zawołał kelnerkę i powiedział, że potrzebuje zamówić dwie porcje jakiegoś dania z grzybami.
Wtedy kobieta zaczęła się rozwodzić, doradzać itd…
Zaczęliśmy się denerwować. Witold nawet lekko podniósł głos:
– To musi być szybko, zaraz, teraz, w tej chwili, now, cokolwiek, byle z grzybami, błagam, prędziudko, please.
Zaskoczona naszym nietypowym zachowaniem kelnerka, poszła przekazać nasze błagania dalej.
Przyniesiono nam zupę pieczarkową i drugie danie z sosem grzybowym. Zjedliśmy jak najszybciej się dało i pognaliśmy na miejsce, gdzie miał się odbyć teleturniej milionerzy. Ku naszemu zaskoczeniu można było grać w dwie osoby.
Udało nam się przejść eliminacje i rozpoczęliśmy grę o milion złotych. Gra była nieco zmodyfikowana, ponieważ było więcej pytań i dodatkowe koło ratunkowe – zupełnie jak w internetowej aplikacji milionerzy. Pytania też się z tej apki powtarzały, więc wygraliśmy milion bez większego problemu.
Otrzymaliśmy kupon, który w ciągu trzech najbliższych dni mieliśmy dostarczyć… już nie pamiętam nawet gdzie.
Wszystko układało się po naszej myśli i byłoby tak zapewne do końca przygody, gdyby Witold nie uparł się iść do jakiegoś warzywniaka. Coś mi mówiło, żeby tam się nie pchać, ale kolega był nieustępliwy.
Przyjacielu, nie chcę chodzić z milionem po Kielcach, wracajmy lepiej do domu.
Weź, tylko na chwilkę jedną.
No dobra, na twoją odpowiedzialność. No i stało się.
Wieści szybko się rozchodzą.
Stałam w kolejce trzęsąc portkami, aż w końcu to się stało.
Jakiś facet zabrał mi kupon z dużej kieszeni przeciwdeszczowego płaszcza, a ja nawet się nie broniłam, bo i jak? Gdy Witold skończył zakupy, poinformowałam go, że nasz milion jest już w rękach innej osoby.
Wróciliśmy do domu i skleciliśmy parę zdań o tych grzybach.
Kolejne dni sierpnia znów były zwykłe i nikt nie wracał do sprawy z milionem. Jednak od tego czasu memu koledze Radosławowi zaczęło się świetnie powodzić: kupił sobie bardzo drogą papugę – szkarłatkę królewską, pojechał na Chorwację…
Któregoś dnia spotkałam się z nim w Krakowie i wtedy się wygadał, że dostał od swego przyjaciela pół miliona złotych.
Wtedy opowiedziałam mu mój nietypowy sierpniowy dzień z grzybami i teleturniejem. Radek powiedział, że zostało mu jeszcze 125 tys, więc się ze mną podzieli. Za te pieniądze pojadę do Hiszpanii, kupię sobie rasową świnkę morską i sprzęt do nagrywania dźwięku, ale Witoldowi słowa nie powiem, ani się z nim nie podzielę, bo to on pozbawił nas tego miliona.

4 replies on “No dawaj…”

Jejku. Ale rzeczywiście, z milionem lepiej nie chodzić. Ciekawe przesłania są w tych twoich snach, choć czasem oczywiste, np. to, że z milionem się nie chodzi. D

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *