Categories
Sny

Co ma wspólnego mądry, wspaniały koń z bogatą, wszechstronną firmą apple

W wakacje często nie wiedzieć czemu śnią mi się konie. Zwykle są to piękne stworzenia, takie, które już kiedyś widziałam w realu. Nie mam jakiegoś szczególnego sentymentu do tych zwierząt. Widuję je niezwykle rzadko, tym bardziej dziwi mnie, że pojawiają się one w moich snach.
## Co ma wspólnego mądry, wspaniały koń z bogatą, wszechstronną firmą apple
Do wyjazdu na obóz szkoleniowy przygotowywałam się ponad tydzień, ale jak się później okazało nie wzięłam ze sobą połowy potrzebnych mi rzeczy.
Każdy dzień zbliżający do wyjazdu wywoływał coraz większy niepokój.
Jakby tego było mało wciąż ktoś przeszkadzał mi w przygotowaniach. Niemal bez przerwy zaglądała do nas rodzina i znajomi w różnych konfiguracjach. A to ciocia z Dorotką, a to sama ciocia, a to Paulina z Kamilem, a to Asia i każdy, bez wyjątku wkładał wścibski nos do mej walizki, wtrącał swoje uwagi, krytykował. W przeddzień wyjazdu ten stan rzeczy stał się dla mnie zupełnie nie do zniesienia.

W wakacje często nie wiedzieć czemu śnią mi się konie. Zwykle są to piękne stworzenia, takie, które już kiedyś widziałam w realu. Nie mam jakiegoś szczególnego sentymentu do tych zwierząt. Widuję je niezwykle rzadko, tym bardziej dziwi mnie, że pojawiają się one w moich snach.

Co ma wspólnego mądry, wspaniały koń z bogatą, wszechstronną firmą apple

Do wyjazdu na obóz szkoleniowy przygotowywałam się ponad tydzień, ale jak się później okazało nie wzięłam ze sobą połowy potrzebnych mi rzeczy.
Każdy dzień zbliżający do wyjazdu wywoływał coraz większy niepokój.
Jakby tego było mało wciąż ktoś przeszkadzał mi w przygotowaniach. Niemal bez przerwy zaglądała do nas rodzina i znajomi w różnych konfiguracjach. A to ciocia z Dorotką, a to sama ciocia, a to Paulina z Kamilem, a to Asia i każdy, bez wyjątku wkładał wścibski nos do mej walizki, wtrącał swoje uwagi, krytykował. W przeddzień wyjazdu ten stan rzeczy stał się dla mnie zupełnie nie do zniesienia.
– Doroto, pakuję się – burczałam na kuzynkę. – Babciu, dajże mi się spakować! – Mamo, no wiem, że pogoda może być różna – i tak dalej, i tak dalej…
Nareszcie nadszedł ów dzień.
Wstałam bardzo wcześnie rano, bo tuż po godzinie piątej.
Pogoda była całkiem przyjemna: bezchmurny wschód słońca, chłodne, rześkie powietrze, nieśmiałe poćwierkiwania ptaków oraz pianie kogutów.
Biorę walizkę w dłoń i energicznym krokiem opuszczam dom rodzinny. Do Kielc, czyli miejsca spotkania z całą grupą, dostałam się bez problemu, ale potem było już tylko gorzej.
Wprawdzie autokar stał grzecznie wraz z kierowcą i czekał na uczestników wycieczki, ale już samych uczestników, ani też organizatorów nie było nigdzie widać. Z ukontentowaniem zajęłam sobie najlepsze miejsce przy oknie od lewej strony i słuchając sączącej się muzyki z radia kierowcy, czekałam na resztę towarzystwa.
Minęła już prawie godzina a nadal nikt się nie zjawiał.
Zaczęłam się mocno niecierpliwić i siedząc tak na swoim miejscu powoli zdawałam sobie sprawę ilu ważnych rzeczy nie wzięłam z domu.
– Cholera jasna! Jak ja się tam będę bawić, jak nie mam podstawowych rzeczy: dezodorantu, szczoteczki elektrycznej do zębów, klapek pod prysznic… Z rozpaczą usiłowałam sobie wyobrazić jak wkładam te wszystkie rzeczy do walizki. No niemożliwe.
Przecież pakowałam się ponad tydzień. Muszę to wszystko mieć w walizce, zakładając, że w naszym domu nie mieszkają żadne chochliki, ani inne temu podobne stworzenia. Ze zdenerwowania opuściłam swoją miejscówkę zostawiając na niej podręczny bagaż i wyszłam z autokaru.
Chwilę porozmawiałam z kierowcą. Starszy pan nie był wcale zniecierpliwiony.
Dziwił się tylko nieco, że tak długo czeka na swych pasażerów.
Nareszcie zjawili się wszyscy, z radością i entuzjazmem i nikt nawet nie raczył przeprosić za tak ogromne spóźnienie.
Wszyscy umieścili swoje bagaże gdzie należało, pozajmowali sobie miejsca a kiedy kierowca miał już ruszyć, podeszła do mnie Gabrysia, jedna z organizatorek i powiedziała:
– Nie możesz z nami pojechać na ten obóz.
– Dlaczego? – zapytałam spokojnie, tłumiąc w sobie ogromną złość.
– Nie spełniasz naszych rozlicznych kryteriów, ale my dopatrzyliśmy się tego dopiero dzisiaj, stąd to nasze wielkie spóźnienie. Mieliśmy nadzieję, że uda się ciebie jakoś przepchnąć, ale niestety nic z tego. Nie możemy ryzykować, że jak się ktoś doczepi, to będziemy musieli bulić z własnej kieszeni za cały wyjazd. Rozumiesz? – Nie wypadało odpowiedzieć inaczej, jak: – Tak, rozumiem, w porządku.
Oddano mi moją walizkę, zgarnęłam z siedzenia podręczny plecak i jak niepyszna opuściłam autokar pełen rozentuzjazmowanych, roześmianych wycieczkowiczów.
Jedyne pocieszenie jest takie, że i tak nie byłabym z nimi w pełni szczęśliwa z powodu braku tych rozlicznych przedmiotów, o których rozmyślałam czekając w autokarze.
Stojąc tak w zamyśleniu przed odjeżdżającym już prawie pojazdem, nie zwróciłam wcale uwagi, że ktoś coś jeszcze ode mnie chce.
Była to Milena, współorganizatorka wycieczki:
– Nie martw się tak. Mamy dla ciebie pewne pocieszenie. Na tym pendrivie – dziewczyna wręczyła mi mały, metalowy przedmiot – znajduje się książka interaktywna, w formie wirtualnej gry, która będzie bardzo zbliżona do wydarzeń jakie przeżyłabyś na obozie szkoleniowym wraz z nami.
Nawet nie podziękowałam Milenie, tylko schowałam pendrive’a do kieszeni i oddaliłam się od autokaru. Co to niby miało być? Czy oni sobie żarty ze mnie robią, czy jak? W domu zastałam stały w te wakacje skład, czyli mamę, ciocię i Dorotkę z czego absolutnie nie byłam zadowolona, gdyż chciałam mieć święty spokój od wszystkich i od wszystkiego.
– Cześć wam – powiedziałam wesoło na powitanie. Niestety nie mogłam pojechać na obóz, ale za to dostałam książkę interaktywną. – Po tych słowach, bez żadnych wyjaśnień, zataszczyłam walizkę do swego pokoju i nawet jej nie rozpakowawszy, włączyłam komputer, by zapoznać się z zawartością pendrive’a od Mileny. Jak się okazało znajdował się na nim folder o nazwie „Vendaval”. Otworzyłam go z rosnącym zaciekawieniem.
Znajdował się tam folder o nazwie audio, który był zabezpieczony (zapewne to dźwięk do gry), jakieś dziwne pliczki o nieznanych mi rozszerzeniach oraz plik o nazwie głównego folderu z rozszerzeniem .txt.
Otworzyłam ów plik i zaczęłam czytać książkę.

– Proszę się tu ładnie ustawić w kolejce. Zaraz każdemu przydzielimy konia.
Mnie zepchnięto na sam koniec kolejki. Przydzielanie koni wlokło się niemożliwie, bo niektórzy mieli jakieś swoje wymagania: taki kolor a nie inny, taka wielkość a nie inna, młody, albo stary, tylko nie klacz i inne jeszcze.
Wreszcie przyszła moja kolej i kobieta zarządzająca stadniną przyjrzała mi się krytycznie mówiąc:
– A tobie co zostało? Jedynie Wichura. To najgorszy koń w naszej stadninie i w najbliższej okolicy. Jest nieobliczalny, narwany, zrzuca wszystkich z siebie… Jest przepięknym koniem, ale poza tym nie ma z niego absolutnie żadnego pożytku. Zwykle dajemy go doświadczonym, silnym i nieznającym litości jeźdźcom, a i oni często wracają z przejażdżki poobijani. Ty natomiast jesteś drobniutką, kruchutką kobietką i… i zapewne niedoświadczoną.
– Tak, zgadza się – potwierdziłam ochoczo, mając nadzieję, że kobieta usłyszawszy to gorące zapewnienie, zrezygnuje z przydzielenia mi Wichury czy jak mu tam. Ale nic takiego się nie stało. Kobieta westchnęła ciężko i rozkazała swym pomocnikom:
– Proszę przyprowadzić Wichurę. Koń był wyjątkowo miły w dotyku i całkiem nieduży.
Bardzo przypominał mi konia o imieniu Silver, na którym jeździłam kiedyś w Niemczech.
Jakiś mężczyzna pomógł mi wsiąść na wichurę i podał mi lejce. Koń spokojnie ruszył z miejsca, ale szybko zaczął przyspieszać.
– Nie tak szybko koniku, bo ja ze sto lat temu siedziałam na stworzeniu twego pokroju – powiedziałam jak najdelikatniejszym głosem do wichury, mając resztki nadziei, że zwierzę się uspokoi. I rzeczywiście koń znacznie zwolnił tempo i jakby mniej trząsł.
– Dlaczego ty taki jesteś? – przemawiałam do zwierzęcia, chcąc jak najdłużej utrzymać go w wyciszonym nastroju. Dlaczego zrzucasz ludzi ze swego grzbietu, czemu wierzgasz, wyrywasz się niczym dzikus jakiś? Dobra, jak chcesz, to możemy trochę przyspieszyć, ale tak bez przesady. Ok? – Koń przyspieszył nieznacznie.
Kiedy już zaczął przeginać i czułam, że moja pozycja na jego grzbiecie robi się niebezpieczna, ściągnęłam lekko lejce i koń zaraz zwalniał. W końcu przyzwyczaiłam się do jego chodu, a nawet zdołałam mu zaufać, przez co bardzo się odprężyłam. Kiedy usłyszałam okrzyki kobiety przydzielającej konie, nawołujące wszystkich do powrotu, aż nie chciało mi się wierzyć, że to już koniec niebezpiecznej przejażdżki. Jeden z pomocników pomógł mi zsiąść z Wichury i zaraz zabrał konia do stajni. Kobieta nie skomentowała mojej jazdy na narowistym podopiecznym stajni, tylko sucho oznajmiła całej grupie:
– Jutro o tej samej godzinie. Prawda? Wszyscy przytaknęli zgodnym chórem. Następnego dnia kilka osób z mej grupy zamieniło się wierzchowcami, ale na mojego konia nikt nie miał ochoty, więc znów musiałam na nim jeździć, ale tak jak za poprzednim razem, nie sprawiał mi żadnych kłopotów i nie było ani jednej, przykrej niespodzianki. Każdego dnia sytuacja się powtarzała.
Codzień jeździłam na wichurze i coraz bardziej przywiązywałam się do tego zwierzęcia.
Gdzieś pod koniec naszego obozu zastałam mego nowego przyjaciela w bardzo złym stanie. Zwierzę było smutne: parskało, prychało, wierzgało lekko kopytami. Facet, który pomagał mi wsiąść na konia poinformował mnie, że tego dnia dosiadł go jeden z tych bezlitosnych jeźdźców, co to żaden koń im się nie oprze i skatował Wichurę mocno.
Zrobiło mi się bardzo przykro, gdy o tym usłyszałam i przez cały pobyt z wichurą starałam się go jakoś pocieszyć.
Kiedy byłam daleko od stajni, zeszłam nawet z niego, by się biedak nie męczył, bo zauważyłam, że lekko utyka na nogę. Większość czasu spędziłam stojąc obok konia i głaszcząc go czulę, mówiąc do niego. Następnego dnia było już nieco lepiej. Wicherek miał lepszy nastrój i mniej utykał na nogę.
Wywiózł mnie dalej niż zwykle, do ślicznego zagajnika, który z kolei obudził we mnie inne przyjemne wspomnienia związane z końmi. Kolejny dzień to już koniec obozu. Nie dosiadaliśmy swoich wierzchowców, tylko pożegnaliśmy się z nimi.
Szepnęłam Wicherkowi na ucho, by starał się być dobry dla dosiadających go osób, bo przecież nie wszyscy ludzie na świecie są źli i bezwzględni.

– No choć, kolacja czeka! – Dorota już od dobrej chwili szarpie mnie za rękaw bluzki. – No, widzę, że gra ci się podoba – kontynuuje kuzynka idąc ze mną do kuchni.
– Właśnie ją skończyłam – mruczę pod nosem, ale myślami jestem gdzie indziej. Nie możliwe, żeby to była książka czy gra. Ten koń był taki realny, taki cudowny, mądry… Przez resztę tego dnia i cały następny, nie mogłam na niczym skupić myśli.
– Dlaczego ludzie robili mu krzywdę? A ta stadnina? Dlaczego dawano mu samych najgwałtowniejszych jeźdźców? Biedny Wicherek.
Przyszła sobota i tata miał wolne od pracy.
Usiadł na mej kanapie, gdy ja robiłam coś na loptopie, chyba sprawdzałam pocztę.
Nagle na ekranie mego komputera wyskoczył komunikat:
„Zmiana hasła twojego komputera. Uprzejmie informujemy, że w ramach poprawy bezpieczeństwa twojego komputera proponujemy zmienić jego dotychczasowe hasło”. Pod komunikatem dwie opcje: zmień teraz oraz zmień później. Bez zastanowienia wcisnęłam zmień teraz i wpisałam hasło „Vendaval”, poczym kliknęłam ok. Teraz pojawiła się prośba o ponowne uruchomienie komputera, więc zezwoliłam na tę operację i czekałam na dźwięk włączającego się maca.
Skoro się jednak nie pojawił w przeciągu kilku minut, mimo jego braku, włączyłam skrótem voiceovera i spróbowałam się zalogować, ale gdy wpisałam uprzednio wprowadzone hasło komputer się zawiesił.
Zawołałam na pomoc siedzącego w pobliżu tatę, który natychmiast odłożył filiżankę z kawą i przyjrzał się zawartości ekranu mego komputera.
– Napisane jest wpisz hasło. Uczyniłaś to?
– No jasne! – odpowiedziałam. Próbowałam jeszcze kilka razy wpisać nowe hasło, ale zawartość ekranu się nie zmieniała, ani też voice over nic nie oznajmiał. Z przestrachem zadzwoniłam do Mirka i nawet się z nim nie przywitawszy, naświetliłam mu cały problem. Kolega zaczął mi rzucać jakimiś fachowymi komendami do terminala, chwaląc się, że któremuś z jego licznych znajomych też się coś takiego przytrafiło, ale ja nie takiej odpowiedzi oczekiwałam.
Zawsze gdy dzwoniłam do Mirka z jakimś apple’owym problemem, on spokojnie i bez zarozumialstwa, tłumaczył jak temu zaradzić, a dziś kolega zachowywał się jakoś dziwnie, zupełnie nie w jego stylu.
Rozłączyłam się więc nie otrzymawszy wyczerpującego wyjaśnienia i opuściłam ręce na kolana.
Wtedy rozdzwonił się mój telefon. Był to jakiś nieznany numer.
Odebrałam skwapliwie:
– Halo, słucham. Tu Karolina Malicka. W czym mogę pomóc?
– Dzwonię w sprawie konia Wichury. Wie pani o którego mi chodzi?
– No pewnie, że wiem! – serce zabiło mi mocniej na myśl o tym dziwnym zwierzęciu.
– Pani Karolino, muszę z przykrością poinformować, że on jest w bardzo złym stanie.
– Co? Dlaczego? Kto mu co zrobił i z jakiego powodu?!
– Ja niewiem. Kazano mi tylko przekazać pani tę wiadomość.
– Dobrze, ale co ja mam z tą wiadomością zrobić? Zupełnie nie znam się na koniach. Po prostu ogromnie polubiłam to zwierzę i tyle. Czy mam się do was przejechać i pożegnać się z koniem? Czego ode mnie oczekujecie? Jeśli mam się u was zjawić, to jaki jest adres?…
– Nie nie, musi pani dalej czytać książkę „Vendaval”.
– Ale przecież ona się skoń… – Rozmowa się urwała.
Boże, muszę natychmiast otworzyć tę piekielną grę i pomóc mojemu koniowi! – łapię za klawiaturę mojego komputera i z boleścią przypominam sobie, że przecież od paru minut mam problemy z hasłem.
Znów wykręcam numer do Mirka. Tym razem kolega zachowuje się normalnie. Opowiadam mu pokrótce historię konia i książki interaktywnej.
Wtedy mój kolega oznajmia, że najprawdopodobniej miało miejsce włamanie do mojego komputera, bowiem to nie Apple kazał mi zmienić hasło, ale ten haker, który postanowił uniemożliwić mi dalszą grę i tą zmianą hasła zablokowałam sobie dostęp do książki.
Zapewne ktoś chce posiąść konia na własność, bo przekonał się jaki jest mądry, albo nie wiem… ma wobec niego jakieś inne, nieznane nam plany.
– To co ja mam teraz robić?! – krzyczę do słuchawki niemal z płaczem.
– Narazie zgłoś to do apple’a i czekaj na ich ruch.
– Ale ja nie mogę czekać! – wrzasnęłam.
– Ale musisz, bo nic innego nie możesz teraz poradzić.
– Dzięki Mirosław. Dam ci znać o dalszym przebiegu sprawy.
Miałam jeszcze zapytać kolegi, dlaczego tak dziwnie się zachowywał przy wcześniejszej rozmowie, ale dałam temu spokój. Najważniejszy jest teraz los mojego biednego konika.

5 replies on “Co ma wspólnego mądry, wspaniały koń z bogatą, wszechstronną firmą apple”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *