Categories
Sny

Najpierw wycieczka, następnie mili goście

Moim ulubionym dziennikarzem jest Marcin Wojciechowski z radia Zet. Był taki czas, kiedy lubił mi się on śnić w bardzo nietypowy sposób, a że tych historii trochę się uzbierało, to również doczekały się one osobnego folderu. Co jakiś czas będę więc Wam je przedstawiać. Oto pierwsza z nich:
## Najpierw wycieczka, następnie mili goście
Pojechałam z rodzicami i ze znajomymi na nadmorską wycieczkę. Mój pokój, bo każdy dostawał jedynkę, takie były tam luksusy przypominał lokum w logosie – luksusowym warszawskim hotelu.
Moi rodzice wraz z naszymi znajomymi dołączyli do jeszcze jednej dużej grupy, w której był również Marcin Wojciechowski. Wycieczka była organizowana przez projekt wypoczywajmy razem i wszystko było za darmo.
Wypady wciągu dnia były bardzo męczące, bo dużo się nachodziliśmy i wracaliśmy późno do hotelu.

Moim ulubionym dziennikarzem jest Marcin Wojciechowski z radia Zet. Był taki czas, kiedy lubił mi się on śnić w bardzo nietypowy sposób, a że tych historii trochę się uzbierało, to również doczekały się one osobnego folderu. Co jakiś czas będę więc Wam je przedstawiać. Oto pierwsza z nich:

Najpierw wycieczka, następnie mili goście

Pojechałam z rodzicami i ze znajomymi na nadmorską wycieczkę. Mój pokój, bo każdy dostawał jedynkę, takie były tam luksusy przypominał lokum w logosie – luksusowym warszawskim hotelu.
Moi rodzice wraz z naszymi znajomymi dołączyli do jeszcze jednej dużej grupy, w której był również Marcin Wojciechowski. Wycieczka była organizowana przez projekt wypoczywajmy razem i wszystko było za darmo.
Wypady wciągu dnia były bardzo męczące, bo dużo się nachodziliśmy i wracaliśmy późno do hotelu.
Wieczorem nie miałam nawet ochoty odwiedzać znajomych, taka byłam wyczerpana.
Któregoś dnia kiedy siedzieliśmy sobie na ławce, by chwilę odpocząć, napić się, czy zjeść prowiant, Radosław przysiadł się do Wojciechowskiego, bo już go wyczaił wśród uczestników wycieczki i zaczął rozprawiać z nim o muzyce. W końcu dziennikarz dał mu płytę zespołu Fatboy, a ja byłam o to zazdrosna. Nie dlatego, że dostał ją od mojego ulubionego prezentera radiowego, lecz dlatego, że będzie ją miał.
Kiedy otrzymał płytę musieliśmy już posiedzenie kończyć, więc wstaliśmy wszyscy z ławek czy z miękkiej trawy, na której właśnie siedzieliśmy, a Radek powiedział zadowolony ni to do mnie, ni to do wszystkich:
– Dostałem płytę Fatboya i dam ją wujkowi Pruszczyńskiemu! – po tych słowach zbliżył się do mnie i pomachał mi płytą przed nosem, a ja miałam ochotę go roznieść.
Tego dnia wcześniej wróciliśmy z wypadu i nie byłam taka zmęczona, poza tym roznosiły mnie jeszcze emocje po historii z płytą. Po niezwykle sytej obiadokolacji odwiedziłam Marcina Wojciechowskiego.
Spodziewałam się zastać go przy muzyce tak jak Julkę – jedną z koleżanek zakręconych na punkcie muzyki, ale on siedział przed telewizorem wraz z jakimś starszym panem oraz mym tatą.
Posiedziałam z nimi chwilę po czym wróciłam do swego pokoju i poszłam spać. Następnego dnia miał się odbyć kolejny punkt wycieczki. Mianowicie mieliśmy podzielić się na grupy i jedna z osób lub też jedna z rodzin miała zaprosić resztę grupy na noc i ugościć suto, by wypoczęli przed końcową podróżą do swego własnego domu. My, tzn. moi rodzice i ja, mieliśmy zabrać ze sobą Wojciechowskiego i tego starszego pana, który wczoraj u niego siedział. To dlatego tata wczoraj u nich był, bo znał dalszy plan wycieczki i chciał się z nimi umówić. W domu mężczyźni zostali dobrze ugoszczeni, bo babcia Marysia, która nie dała się namówić na wycieczkę i nie pojechała z nami, by pilnować domu, została odpowiednio wcześnie o gościach poinformowana i zrobiła pyszną obiadokolację. Mężczyźni mieli spędzić noc w pokoju gościnnym jak na gości przystało.
Zanim jednak poszli spać posiedziałam u nich wraz z rodzicami, ale znów nie zagadałam do Wojciechowskiego, bo byłam na niego cięta o tą płytę.
Dopiero pod koniec pobytu w ich tymczasowym pokoju powiedziałam mu jakiej muzyki słucham i o jakich płytach marzę. Na koniec chciałam im zagrać coś na pianinie, bo powiedziałam, że chodzę do szkoły muzycznej, ale zbiły mnie z tropu moje płyty Alanis, które leżały na klapie od pianina. Co one tu robią? – zaczęłam się zastanawiać.
Miałam ochotę zapytać o to rodziców i trochę ich ochrzanić, ale stwierdziłam, że nie będę robić w domu awantury nawet takiej malutkiej przy gościach.
Chciałam jeszcze przed opuszczeniem pokoju przeliczyć płyty, ale one, niesforne wysypały się na podłogę.
– A ja je miałam poukładane po lubieniu! – zaczęłam marudzić.
– Jak po lubieniu? – zainteresował się pan Marcin.
-No najpierw Jagged little pill, potem so called chaos… Tata pomagał mi układać płyty w pudełku i stwierdził cicho:
– Chyba jedna płyta jest złamana. Oj, chyba mama coś nabroiła. No nie pomyślałam i szybko wybiegłam z płytami do pokoju, by na spokojnie się im przyjrzeć.
Jeśli będzie z nimi coś nie tak, to wezwę mamę do siebie, lub też pogadam z nią w łazience tam, gdzie często powierzam jej najskrytsze tajemnice, albo w najgorszym razie rozliczę się z nią jutro.
Kiedy odłożyłam wreszcie płyty na miejsce, okazało się na szczęście, że ktoś tam upchnął jeszcze jedną płytę, ale nie wiadomo co na niej było, bo to ona właśnie była złamana.
Jedna połowa tej płyty, to nawet była w takich malutkich kawałeczkach, zupełnie jakby się ktoś na niej wyżywał.
Ciekawe co na niej było i po co ją ktoś tam włożył i w ogóle po co mama ruszała te płyty, czy ona je komuś pożyczyła bez mojej zgody? Jutro koniecznie muszę z nią o tym pogadać.
Kiedy położyłam się wreszcie do łóżka i zamknęłam temat płyt Alanis znów pomyślałam o Radosławie i o jego płycie dla wuja Pruszczyńskiego.
Ciekawe, czy on rzeczywiście mu ją da. Przecież Radek też lubi taką muzykę? Nigdy mi kolega o takim wujku nie opowiadał.
Może go sobie wymyślił i tak tylko powiedział dla kpin, chociaż takie zachowanie wcale do niego nie podobne.
Nawet jeżeli by się chwalił płytą to na pewno nie w taki sposób. Tak czy owak jestem zła na Wojciechowskiego, że dał płytę Radkowi a nie mnie zwłaszcza, że Radosław sam kiedyś powiedział, że jemu na oryginalnych krążka nie zależy i może mieć muzę na komputerze.
Jestem również zła na siebie, że wcześniej z panem Marcinem nie porozmawiałam jak tylko dowiedziałam się, że tu jest na wycieczce, bo wtedy może byłabym pierwsza, ale teraz to już musztarda po obiedzie. Za to Radosław nie ugościł go w swoim domu, chociaż pewnie on wolałby przywitać w swoich progach jakiegoś tam
Anastazego, czy tam Sfendrowskiego. Wreszcie po tych długich, burzliwych rozmyślaniach udało mi się zasnąć, bo przecież zmęczenie po podróży i długiej, wyczerpującej wycieczce robiło swoje. Spałam snem sprawiedliwego aż do samego rana i już z radością i o wiele mniejszym żalem powitałam nowy dzień.

6 replies on “Najpierw wycieczka, następnie mili goście”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *