Categories
Sny

Podróż z psem i problemy z audycją

Z teczki o panu Marcinie Wojciechowskim oraz z czasów, gdy nie miałam jeszcze żadnego zwierzątka
## Podróż z psem i problemy z audycją
Kiedy wracałam od cioci Uli Lusia wskoczyła nam do samochodu, ale zorientowaliśmy się o tym dopiero w połowie drogi. Tata stwierdził, że na razie możemy wziąć Lusię do siebie, żeby w domu było weselej, a przy okazji się ją odda. Zadzwoniłam do cioci i poinformowałam ją o całej sprawie.
– Dobrze, jakoś się dogadamy. Na razie spokojnie wracajcie do domu – powiedziała ona. Lusia była bardzo grzeczna.
Dużo spała, chętnie słuchała ze mną muzyki, czasem też bawiła się piłką. Któregoś dnia musiałam pojechać do szkoły.

Z teczki o panu Marcinie Wojciechowskim oraz z czasów, gdy nie miałam jeszcze żadnego zwierzątka

Podróż z psem i problemy z audycją

Kiedy wracałam od cioci Uli Lusia wskoczyła nam do samochodu, ale zorientowaliśmy się o tym dopiero w połowie drogi. Tata stwierdził, że na razie możemy wziąć Lusię do siebie, żeby w domu było weselej, a przy okazji się ją odda. Zadzwoniłam do cioci i poinformowałam ją o całej sprawie.
– Dobrze, jakoś się dogadamy. Na razie spokojnie wracajcie do domu – powiedziała ona. Lusia była bardzo grzeczna.
Dużo spała, chętnie słuchała ze mną muzyki, czasem też bawiła się piłką. Któregoś dnia musiałam pojechać do szkoły.
Zabraliśmy Lusię ze sobą, bo ona lubi samochodowe podróże.
Niestety ona też była rządna szkolnych przygód i tak jak wymknęła się cioci z domu, tak wymknęła się tacie z samochodu i została ze mną.
Była teraz szkolnym psem. Do pokoju przychodziła rzadko, bo nie było jej wolno.
Większość czasu spędzała na dworze, ale na szczęście pogoda była ładna.
Była karmiona przez kucharki tak jak krakowskie koty i trochę przeze mnie. Bawiły się z nią dzieci i była główną atrakcją ogrodu, lepszą nawet od placu zabaw. Ów stan rzeczy trwał do czasu, aż któregoś dnia nie było zet na punkcie muzyki.
Postanowiłam zbadać tę sprawę i wybrałam się z psem do Warszawy. Tam dowiedziałam się, że audycja się nie odbywa, ponieważ pan Marcin chodzi wtedy do lasu zbierać jagody.
Przeprowadzono z nim wywiad i okazało się, że nie ma on już urlopu, by go mógł wykorzystać na swoje leśne wyprawy. Wojciechowski argumentował swoje wyjścia tym, że ma już dość zatęchłej Warszawy podczas gdy panuje lato.
Postanowiłam sama wziąć sprawy w swoje ręce i pod wieczór udałam się do jego domu, ale go tam nie zastałam. W domu nie było żadnego psa – przynajmniej tak mi się wydawało, więc puściłam mego teriera i usiadłszy przy biurku położyłam na nim głowę i zasnęłam. Obudziłam się o świtaniu, ale nie siedziałam już na krześle, lecz leżałam na łóżku.
Obok mnie snem sprawiedliwego spała Lusia.
Podniosłam się szybko nie budząc psa i rozejrzałam się w sprawie. W drugim pokoju przebywał pan Marcin i gdzieś się szykował. Przebywał z nim piesek wielkości Lusi.
– Czy one się nie pogryzły? – zapytałam zamiast dzień dobry.
– Nie, moja Rudzia nikomu nie robi krzywdy jeśli nie wchodzi się na jej teren, czyli do jej koszyka, na jej ulubione okno w dużym pokoju i koło jej miski z jedzeniem.
– A Lusia nic jej nie robiła?
– Coś tam szczeknęła, ale wziąłem Rudą na ręce i się uspokoiła.
Teraz przeszłam do rzeczy:
– Dlaczego pan nie chce prowadzić swojej audycji. Myślałam, że pan to lubi?
– Lubię, ale lubię też matkę naturę, a w Warszawie nigdzie nie mogę jej dostrzec.
– A nie może pan chodzić do lasu rano? Rano jest nawet fajniej, więcej ptaków śpiewa?
– Rano, to będę prowadzić audycję.
– To bardzo źle, bo rano nie każdy ma czas. Ja np. wstaje rano i zaraz potem idę na śniadanie a potem do szkoły. Niektórzy oczywiście jeżdżą do pracy słuchając radia, ale to nie to samo co wieczorem kiedy jest o wiele więcej czasu na wytchnienie i odpoczynek. – Lusia brutalnie przerwała naszą rozmowę i najpierw szarpnęła mnie za nogawkę dając znać o sobie a potem zaczęła bawić się z Rudą. Pan Marcin dał suczkom jeść, oczywiście w odpowiedniej odległości, by się czasem nie pokłóciły i wyszedł z domu prowadzić audycję.
Byłam zła, że nie udało mi się nic załatwić. Gdy siedziałam przy tym samym biurku co wczoraj zadzwonił do mnie telefon. Odebrałam. Ciocia Ula pytała, czy nadal jestem w Krakowie, bo ona się tam wybiera.
– Nie, teraz jestem w Warszawie, bo musiałam tam coś załatwić.
– Cholera, to kiedy my się wreszcie spotkamy.
– Może być jutro, bo ja tu i tak jak się okazuje nic nie zwojuję, więc jutro na bank widzimy się w mojej szkole, zgoda?
– Zgoda – powiedziała ciocia i odłożyła słuchawkę, a ja opuściłam dom pana Marcina zabierając ze sobą Lusię i głaszcząc Rudzię na pożegnanie.
Następnego dnia rzeczywiście spotkałam się z ciocią Ulą i okazało się, że psem którym opiekowałam się przez ten czas nie była Lusia. Cioci było bardzo przykro, ale mnie połowicznie, bo skoro tym psem nie jest Lusia, to mogę go zatrzymać u siebie na zawsze. Gdy przyjechałam do domu tata zajął się sprawą mojego psa i okazało się, że to kolejny pies państwa Czwartków, Szczeniak po mojej ukochanej Miśce i po jack russelu terierze, którego ktoś im przyprowadził mówiąc:
– Wy macie taką ładną suczkę, a nie ma rasowych w pobliżu, to pożyczcie ją na trochę, żeby nasza miała ładne szczeniaki. Jednego wam odstąpimy.
Państwo Czwartkowie przyjęli tą propozycję i rzeczywiście dostali młodą suczkę, ale jakoś bardzo im na niej nie zależało, więc dali ją komuś na Śląsku i pewnie ją ktoś wyrzucił, albo zgubił. Lusia się nie znalazła, ale obiecałam cioci, że dam jej szczeniaka po mojej Judgy. Wojciechowski znów prowadził normalne audycje o normalnych porach i było tak jak dawniej, a nawet jeszcze lepiej, bo ze wspaniałym psem, który słuchał ich razem ze mną.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *